Rząd Etiopii kryminalizuje na podstawie ustawy antyterrorystycznej

Rok po aresztowaniu, 15 marca 2015 roku trzech działaczy społecznych z Etiopii pracujących na rzecz bezpieczeństwa żywnościowego, praw do ziemi i praw człowieka nadal jest przetrzymywanych w więzieniu. Po kilku rozprawach sądowych prokuraturze nie udało się jeszcze przedstawić żadnych dowodów na poparcie fałszywych oskarżeń o „terroryzm” zgłoszonych na podstawie kontrowersyjnej ustawy antyterrorystycznej obowiązującej w Etiopii. 15 marca 2015 roku pastor Omot Agwa Okwoy i jego sześcioro współpracowników zatrzymano na lotnisku Bole w Addis Abebie w trakcie ich podróży na warsztaty bezpieczeństwa żywnościowego, które odbyły się w Nairobi, w stolicy sąsiedniej Kenii, przy współpracy takich organizacji jak Bread for All, GRAIN i Anywaa Survival Organisation. Siedmiu mężczyzn aresztowano i zabrano do osławionego komisariatu Maekelawi, gdzie tortury są na porządku dziennym.


Czterech spośród zatrzymanych wkrótce wypuszczono, ale trzech pozostałych, Omota Agwę, Ashinie Astina oraz Jamala Oumara Hojele przetrzymywano przez następne sześć miesięcy bez żadnego oskarżenia, by 7 września 2015 roku postawić im zarzuty na podstawie drakońskiej ustawy antyterrorystycznej. Według Anuradha Mittala, dyrektora wykonawczego Instytutu Oakland, ustawa antyterrorystyczna w Etiopii jest narzędziem służącym do uciszania krytyków: „Penalizuje ona podstawowe prawa człowieka, takie jak wolność słowa i zgromadzeń; jej definicja aktu terrorystycznego nie jest zgodna z międzynarodowymi standardami. Definiuje terroryzm w niezwykle szeroki i niejasny sposób, zapewniając partii rządzącej żelazną pięścią karanie za słowa i czyny, które byłyby legalne w demokracji”.

Na przestrzeni ostatnich lat etiopski rząd represjonował dziennikarzy, blogerów, działaczy, członków opozycji politycznej, studentów, a także ludność tubylczą w stopniu, który osiągnął rozmiary kryzysu. Na południu i południowym-zachodzie kraju etiopski rząd przeprowadził zakrojoną na szeroką skalę kampanię wywłaszczania rdzennych mieszkańców z ich wiosek i ziemi w regionach Doliny Omo i Gambella, stosując przy tym strategię aresztowań, palenia wiosek, zastraszania, a nawet punktowych zabójstw. Ziemie odbierane autochtonom wydzierżawiano następnie międzynarodowym i krajowym inwestorom, które po usunięciu ludności tubylczej, jej wiosek, pól i bydła, miały utworzyć sieć wielkich plantacji przemysłowych. Łamanie praw człowieka w odległych obszarach Etiopii zostało nagłośnione przez takie choćby organizacje jak Survival International, Anywaa Survival Organisation i Human Rights Watch. W ostateczności Bank Światowy, który udzielał szerokiego wsparcia dla niektórych spośród tych przedsięwzięć został zmuszony do prześwietlenia stopnia swojej odpowiedzialności społecznej w tym zakresie. W 2013 roku Panel Inspekcyjny Banku Światowego udokumentował powszechne łamanie praw człowieka, którego dopuszczano się podczas programu znanego pod oględnym terminem „osadnictwa wiejskiego”, a także podczas wielkoskalowych projektów rolniczych w Gambella. Wnioski, których ukryciem zainteresowany był rząd Wielkiej Brytanii w końcu zostały upublicznione. Wnet stało się oczywiste, to co można było łatwo potwierdzić na podstawie innych źródeł. Szybki wzrost gospodarczy Etiopii dokonywał się kosztem zwiększania represji i erozji swobód obywatelskich. Chociaż etiopska gospodarka jest komplementowana jako „lew Afryki”, nowe bogactwo kraju zostało rozparcelowane pośród nielicznych, a wielu innym zaczęto odbierać to, co posiadali od pokoleń.

Ludzie tacy jak Agwa Okwoy, Astin i Oumar Hojele, ośmielający się krytykować obowiązujący model rozwoju, wspierany przez zagraniczne rządy i międzynarodowe instytucje finansowe, stali się nadzwyczaj niewygodni; są wyciszani i karani. Zarzuty stawiane wobec zatrzymanych dotyczą ich rzekomej aktywności w Gambela Peoples Liberation Movement (GPLM), chociaż nie mają oni powiązań z GPLM i nie ma dowodów pozwalających na łączenie ich z tą organizacją. Wszyscy oni są natomiast związani z wysiłkami Anuaków i innych plemion w Etiopii, które walczą z próbami przejmowania ich ziem przez rząd w Addis Abebie, a także inwestycjami rolnymi na wielką skalę.

Ashinie Astin pochodzi z grupy etnicznej Majang, zasiadał w radzie regionalnej Gambela, obszaru położonego w południowo-zachodniej Etiopii. Jamal Oumar pracuje dla Assossa Environmental Protection, organizacji pozarządowej promującej ochronę środowiska i praw rdzennych mieszkańców. Omot Agwa Okwoy jest pastorem ewangelickim, który pracował jako tłumacz dla Panelu Inspekcyjnego Banku Światowego w 2014 roku, w trakcie gdy ten badał skargę wniesioną przez członków ludu Anuak. Dzięki pośrednictwu Omota Agwy Okwoya przedstawiciele organu inspekcyjnego banku dowiedzieli się o przemocy, gwałtach i egzekucjach jakich dopuszczali się etiopscy żołnierze w ramach masowych wywłaszczeń i łamania praw człowieka towarzyszącym projektom wspieranym przez Bank Światowy. Zaangażowanie te było początkiem trwających kłopotów ewangelickiego pastora. Wkrótce zaczął odbierać pogróżki, a w marcu następnego roku został zatrzymany.

Omotowi grozi teraz nawet 20 lat pozbawienia wolności za rzekomą przynależność do długo nieaktywnej grupy wpisanej przez etiopski parlament na listę organizacji terrorystycznych. Astin jest oskarżony o przygotowanie prezentacji pod wymownym tytułem “Wylesianie, wywłaszczanie i przesiedlenia w Gambela…”. Działacze praw człowieka i ochrony środowiska dołączyli do długiej listy represjonowanych w Etiopii, w zeszłym roku poszerzonej o ofiary brutalnych zajść na ziemiach ludu Oromo, którego protest na przestrzeni ostatniego półrocza  kosztował, według Human Rights Watchs, życie ponad 200 oromskich oponentów.

Opracowanie: Damian Żuchowski
Na podstawie: hrw.org, aljazeera.com, oaklandinstitute.org

Artykuł ukazał się także na WolneMedia.net

Opublikowano Afryka, Okupacja, Prawa Człowieka | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Haiti: Korporacjokracja czy suwerenność żywnościowa?

HAITI 212 stycznia 2016 roku w szóstą rocznicę katastrofalnego     trzęsienia ziemi Haitańczycy opłakiwali 200 tysięcy        utraconych wówczas istnień ludzkich. Ślady tej tragedii nie zatarły się ani w pamięci ludzkiej, ani w życiu gospodarczym i politycznym kraju. Jean-Pierre Ricot w opublikowanym w ostatnich dniach artykule „The Blood of the Earth: Agriculture, Land Rights, and Haitian History” wymienia zawirowania ekonomiczne, środowiskowe i polityczne „wśród wielu wstrząsów wtórnych”, które wciąż nawiedzają Haiti. Tuż po trzęsieniu ziemi w 2010 roku głośno było o konieczności międzynarodowej solidarności z Haiti, o potrzebie inicjatywy, która umożliwi wydźwignięcie tego karaibskiego kraju z zapaści, w jakiej znalazł się po dekadach nieodpowiedzialnej polityki i trwających pod różnymi postaciami mechanizmów polityki neokolonialnej. Zamiast tego Haitańczycy doświadczyli epidemii cholery, a także kontynuacji modelu rozwoju, który służy nielicznym, drenując z ziemi i środków, te społeczności, które pozostawały stosunkowo samowystarczalne.

W tej sytuacji atmosfera na Haiti przypomina sypki proch do którego wystarczy dołożyć ogień by nastąpiła eksplozja. Jednym z objawów pogłębiającego się kryzysu politycznego jest niemożność przeprowadzenia drugiej rundy wyborów prezydenckich – wyborów  jawiących się dla wielu Haitańczyków jako farsa, której przyglądać się mogą jedynie za szklanej szyby.

Na 24 stycznia 2016 roku wyznaczono kolejny termin w którym miano przeprowadzić opóźnione wybory. Zaledwie dwa dni przed głosowaniem, z obawy przed eskalacją przemocy wycofano się z tej deklaracji. W piątek prezes tymczasowej rady wyborczej, Pierre-Louis Opont ogłosił na konferencji prasowej odroczenie procesu wyborczego z powodu „zbyt dużej przemocy w całym kraju”. W okresie bezpośrednio poprzedzającym tę decyzję odnotowano wiele ataków na lokale wyborcze, spośród których niektóre zostały spalone, a inne okradziono z kart wyborczych. Obecny rząd nie przedstawił nowego terminu głosowania. Nie zapowiedziano również, czy rząd tymczasowy przejmie władzę po 7 lutym, kiedy na mocy Konstytucji upłynie termin sprawowania urzędu przez obecnego prezydenta, Michela Martelly’ego. Legaliści oczekiwali, że Martelly rozwiąże ten problem w swoim orędziu do narodu zaplanowanym na piątkowy wieczór. Tuż przed godziną zero odwołał on jednak swoje wystąpienie, po tym jak tysiące demonstrantów wzniosło płonące barykady, rozbiło okna samochodów i obrzuciło kamieniami policję w stolicy kraju, Port-au-Prince.

Przeciwnicy obecnego rządu podkreślają, że pierwsza runda wyborów prezydenckich z dnia 28 października 2015 roku obfitowała w masowe oszustwa, dokonane na korzyść jednego z kandydatów, biznesmena Jovenela Moisego, o głosowanie na którego zaapelował sam Martelly, namaszczając go w tym geście na swojego następcę. Głosowanie przełożono początkowo na 27 grudnia, a następnie 24 stycznia, po ostatniej decyzji pat trwa nadal. Przysłowiowej oliwy do ognia dolał w ostatnich dniach stycznia kontrkandydat, Moisego, również biznesmen, Jude Celestin, który ogłosił, że bojkotuje wybory, chociaż jego nazwisko pozostało na karcie wyborczej.

Im bliżej wyznaczonego terminu głosowania, tym protesty stawały się coraz bardziej brutalne. Na ich uśmierzenie nie miały wpływu ani haitańska policja, ani stacjonujące w kraju siły pokojowe ONZ, które pozostają na Haiti od obalenia w 2004 roku ówczesnego prezydenta Jeana-Bertranda Aristide’a. Ten były ksiądz naraził się międzynarodowym korporacjom nałożeniem większych zobowiązań finansowych na zagraniczny sektor biznesowy. Na mobilizacje bojówek, które wywołały powstanie i obaliły Aristide’a – który mimo pewnych wad osobistych zdradzał symptomy woli emancypacji ludu haitańskiego – nie trzeba było długo czekać. Od tamtego czasu kryzys na Haiti trwa bezustannie.

Jego symbolem stały się ostatnio płonące szkoły w różnych miejscowościach; w ich murach ulokowano lokale wyborcze, podpalane, jak podkreślił przewodniczący Opont, przez uzbrojonych bandytów. Po komunikacie obwieszczającym ponowne przełożenie wyborów grupa młodych mężczyzn w Port-au-Prince podążyła do Petionville, dzielnicy na wzgórzu zamieszkanej – pod względem materialnym – przez najzamożniejszych obywateli Haiti. Wkrótce posypały się szyby, a kordon policyjny obrzucono kamieniami. Celestin w rozmowie z przedstawicielem agencji Associated Press powiedział, że Haiti „zmierza w kierunku selekcji, a nie wyborów”, dodając, że administracja Stanów Zjednoczonych oraz inne zagraniczne rządy, są współwinne wspierania wadliwego procesu politycznego. Ostatnia decyzja pozostaje niemniej zbieżna z oczekiwaniami większości stron. Senat Haiti, a także przedstawiciele grup religijnych, biznesowych oraz społeczeństwa obywatelskiego apelowali o przełożenie wyborów z powodu podejrzeń o nadużycia i zaogniającą się niestabilność. Prezydent Michel Martelly o kryzys obwinia opozycję i odcina się od oskarżeń o fałszowanie wyborów. W piątym dniu protestów, w poniedziałek 25 stycznia, manifestacje kontynuowano, ale miały już zdecydowanie mniej gwałtowny przebieg.

Zastanawiając się nad przyszłością Haiti, warto zrozumieć historyczną przeszłość tego kraju, a także przyjrzeć się bliżej kontrowersjom jakie wzbudza nowy kandydat establishmentu, Jovenel Moise.

DWIE KONCEPCJE GOSPODAROWANIA

Zdaniem Jeana-Pierre’a Ricot problem z jakim zmaga się Haiti, nie odbiega znacznie od kłopotów z jakimi borykają się mieszkańcy Ameryki Łacińskiej, Afryki oraz innych części świata. Problem ten wiąże się z dostępem do ziemi. Ricot umieszcza go w kontekście walki o przyszły model światowej gospodarki. Z jednej strony mamy niewielkie, rodzinne, względnie wspólnotowe gospodarstwa prowadzone bezpośrednio przez ich właścicieli i zorientowane coraz częściej ekologicznie. Po drugiej stronie lokuje się postępujący model produkcji rolno-przemysłowej, który zdaniem Ricot, wpisuje się w ramy „szerszego modelu produkcji kapitalistycznej, która zagraża samemu życiu”.

Warto zauważyć, że problem ten, w nieco innej skali, rzutuje od samego początku na historię Haiti i na panujące w jego granicach stosunki ekonomiczno-społeczne. Po depopulacji ludności tubylczej Hispanioli w trakcie kolonizacji hiszpańskiej, kontrolę nad wyspą przejmuje korona francuska. Moralne wątpliwości, co do praktykowania niewolnictwa zgłaszane przez króla Ludwika XIII zostają rozproszone przez arcybiskupa Jeana-Benigue Bossueta, który powołując się na Nowy Testament dowodził, że apostoł Paweł nakazał akceptację niewolnikom swego stanu. Od tamtego czasu w przeciągu nieco ponad 150 lat do francuskich kolonii z Afryki trafia ok. 1,6 mln niewolników, z czego przeważająca część, jako żywy towar wyładowywana była w Saint Domingue, kolonialnym poprzedniku współczesnego Haiti.

Wraz z wybuchem rewolucji francuskiej do zniewolonych mieszkańców Haiti, a także nie posiadających pełni praw politycznych, Mulatów, przedzierają się wieści o nowym wietrze zmian wiejącym znad Atlantyku. W 1791 roku wybucha największy, w ostatecznych skutkach, bunt niewolników w regionie, motywowanych w swym oporze dwoma głównymi ideami: wolnością i dostępem do ziemi. Dla rozbijających łańcuchy półtorawiekowego poddaństwa, czarnej ludności Haiti, obydwa wektory – wolność i dostęp do ziemi – były ze sobą bezpośrednio związane. Perła francuskiej gospodarki kolonialnej, za jaką uchodziła Saint Domingue, opinię rogu obfitości zawdzięczała skoncentrowanym, wielko powierzchniowym plantacjom produkującym na potrzeby gospodarki kolonialnej. Marzeniem przeciętnego pracownika plantacji po przecięciu pępowiny łączącej Haiti z Paryżem, było małe w pełni samowystarczalne gospodarstwo produkujące na własne potrzeby. Nowopowstałe państwo w sensie ustrojowym i społeczno-ekonomicznym nie stało się jednak unią wolnych i decydujących o sobie wyzwoleńców.

Elita generalska i żołnierska, której przywódcy stanęli na czele wojny narodowowyzwoleńczej aspirowała do przejęcia aktów własności nad dużymi obszarami ziemi i utworzenia „nowego” przekroju społeczeństwa, którego ton nadawałaby „nowa szlachta”: żołnierze-posiadacze, dominujący nad rolnikami przywiązanymi do ziemi na zasadach bliskich feudalizmowi i pracującymi nań pod silną dyscypliną. Rolnicy zbiegający z plantacji i próbujący żyć w górach na własny rachunek uchodzili za bandytów już za czasów Toussaint-Loverture. Generałowie promowali gospodarkę dużych plantacji produkujących na eksport by uzyskiwać duże dochody, nie troszcząc się o potrzeby ogółu ludności dążącej z osobna do niezależności i osiągnięcia suwerenności żywnościowej. Kontynuowany za rządów Jeana-Jacquesa Dessalinesa i Henri Christophe’a  system przyzwalał na wyzysk lokalnych społeczności i nakręcał spiralę utrzymywania ich w ubóstwie. Bunty chłopskie, jak ten pod dowództwem Jeana-Jacquesa Acauu w 1843 roku, były krwawo tłumione.

BANANOWA REPUBLIKA MOISEGO

Mając na uwadze zasygnalizowany kontekst historyczny przyjrzyjmy się bliżej burzliwej sytuacji na Haiti w okresie wyborów prezydenckich 2015/2016 podążając za treścią artykułu „Haiti’s Fraudulent Presidential Frontrunner Seizes Land for His Own Banana Republic” opublikowanego przez Joshuę Steckeya oraz Beverly Bell. Autorzy artykułu swoje wnioski opierają na wielu wywiadach bezpośrednich i telefonicznych przeprowadzonych z 20 urzędnikami państwowymi, specjalistami ds. rozwoju gospodarczego, rolnikami oraz organizatorami i przedstawicielami społeczności lokalnych. Jednocześnie próbowali nawiązać kontakt z firmą Agritrans, ale nie doczekali się odpowiedzi.

Zgodnie ze zgromadzonymi przez nich wiadomościami, kandydat na nowego prezydenta Haiti, Jovenel Moise, wywłaszczył 800 drobnych rolników, pracujących na własnej ziemi, a także zniszczył ich domy i uprawy. Przedstawiciele stowarzyszeń rolniczych z Trou-du-Nord twierdzą, że do ekspulsji doszło dwa lata temu. Niektórzy spośród usuniętych, pozostają bezdomni i bez pracy. Firma założona przez Moïsego, Agritrans, przejęła ziemię i założyła prywatną plantacje bananów.

Aby móc rozwijać rosnący eksport bananów Agritrans otrzymało co najmniej 6 milionów państwowych dolarów pożyczek, a możliwe, że znacznie więcej. By utworzyć plantację przedsiębiorstwo przejęło 1000 hektarów ziemi eksmitując rolników, niszcząc ich domy i pola. Dążąc do zdobycia poparcia, firma posunęła się do korupcji lokalnych mieszkańców i stworzyła fantomową organizację legitymizującą jej działania.

Ubiegający się o urząd prezydencki Moïse odszedł z Agritrans w 2015 roku, chociaż wciąż funkcjonuje pod pseudonimem “neg Bannann” lub “Banana Man”. Przedstawia siebie jako przedsiębiorcę zdeterminowanego by przekształcić sektor rolniczy Haiti w przedsiębiorczość prywatną. Decyzje polityczne niedoszłego jeszcze następcy Martinelly’ego, będą promowały wolny handel i przedsiębiorczość prywatną, ponad wsparciem dla ubogiej większości. Jego przeciwnicy spodziewają się, że kierowany swoimi priorytetami Moïse uruchomi proces masowego przejmowania ziemi, w toku którego mieszkańcy prowincji, w tym drobni rolnicy, będą wywłaszczani.

W sierpniu 2013 roku, według lokalnych mieszkańców, Agritrans wyrzuciło setki rolników, którzy posiadali prawo użytkowania gruntów. Lider społeczności, Milosten Castine, koordynator organizacji “Akcja zalesiania i obrony środowiska” twierdzi, że bez żadnego ostrzeżenia, kilka buldożerów wjechało na ziemię niszcząc domy, a także środki do życia siedemnastu rodzin. Po protestach zorganizowanych przez Ruch Ludowy na Rzecz Rozwoju Deverenu (MPPD) Argitrans przekazało właścicielom zniszczonych domów od 40 do 700 dolarów w ramach odszkodowania. Gilles St. Pierre, członek MPDD, który stracił betonowy blok mieszkalny, twierdzi, że rekompensata była niewystarczająca. „Co mam zrobi“ z 700 dolarami? Miałem dom i ziemię… a teraz pracuję jako taksówkarz” – powiedział w rozmowie telefonicznej z badaczami.

Plantacja Agritransu jest pierwszą rolniczą strefą wolnego handlu w kraju, założoną przez ministerstwo handlu i przemysłu. Pozwala ona firmie na skorzystanie z profitów i obniżonych taryf podatkowych i celnych, zgodnie z normami specjalnego traktowania. Haitańskie prawo nakłada konieczność eksportowania co najmniej 70% produktów wytwarzanych w granicach strefy. Obecnie, produkcja Agritransu – szacunkowo 40 kontenerów tygodniowo – jest dostarczana do Niemiec. W tym samym czasie, Haitańczycy nie produkują wystarczającej ilości żywności, aby wyżywić siebie samych. Ubodzy Haitańczycy muszą polegać na importowanych, podstawowych artykułach, których koszty w tym roku wzrosły. Jedna z kobiet, której ziemie zajęto prosząc o zachowanie anonimowości w obawie przed zemstą, powiedziała: „Sprzedają banany za granicę, a teraz musimy udać się na granicę aby kupić dominikańskie banany. To nie ma sensu”. Kolejne ziemie mogą być zagrabione w przyszłości. W celu wywiązania się z umowy z niemieckim klientem, w ciągu najbliższych trzech lat Agritrans musi zwiększyć tygodniową produkcję bananów do 150 kontenerów, mieszczących łącznie 160 tys. ton. Według aktualnego dyrektora Agritransu, Pierre’a-Richarda Josepha, ten wzrost będzie wymagał pozyskania 3000 hektarów ziemi więcej.

Autor: Damian Żuchowski

BIBLIOGRAFIA

[1] Henryk Zins, „Kupcy i kidnaperzy. Handel niewolnikami w dziejach Afryki i Ameryki”, Lublin 1999.

[2] Tadeusz Łepkowski, „Haiti. Początki Państwa i narodu”, s. 143-197, Warszawa 1964.

[3] Joshua Steckley, Beverly Bell, „Haiti’s Fraudulent Presidential Frontrunner Seizes Land for His Own Banana Republic”, http://www.alternet.org/world/haitis-fraudulent-presidential-frontrunner-seizes-land-his-own-banana-republic.

[4] Beverly Bell, „The Blood of the Earth: Agriculture, Land Rights, and Haitian History”, http://otherworldsarepossible.org/blood-earth-agriculture-land-rights-and-haitian-history.

[5] „Haiti presidential election runoff postponed again”, http://www.aljazeera.com/news/2016/01/haiti-presidential-election-runoff-postponed-160122200939513.html.

[6] Natalie Miller, „The Struggle for Land Justice Knowi No Borders: Corporate Pillagin in Haiti”, http://otherworldsarepossible.org/struggle-land-justice-knows-no-borders-corporate-pillaging-haiti.

[7] „Haiti’s anti-government protests continue for fifth day”, http://www.aljazeera.com/news/2016/01/haiti-anti-government-protests-continue-day-160125064057858.html.

Opublikowano Afryka | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Płacą dzieciom klejem, narkotykami i alkoholem

Organizacja Survival International ostrzega, że dzieciom pochodzącym z grup plemiennych zamieszkującym lasy deszczowe Afryki płaci się klejem, alkoholem i narkotykami w zamian za wykonywanie niewolniczej pracy. W opublikowanym raporcie stwierdzono przypadki handlarzy w Republice Konga, którzy w 2013 roku płacili dzieciom z plemienia Bayaka klejem w zamian za czyszczenie latryn.

W Kamerunie członkom plemienia Baka, bezprawnie wyrzuconych z ich leśnych domów, często daje się pięć szklanek bimbru w zamian za pół dnia pracy fizycznej. Połączenie ubóstwa i depresji spowodowanych utratą tradycyjnych terytoriów oraz związanych z nimi gospodarką i kosmowizją, skłaniają wielu przedstawicieli społeczności plemiennych do intensywnego picia alkoholu, by pozornie uciec od swoich problemów. W wielu regionach Afryki Środkowej, przedstawicielom ludów łowiecko-zbierackim płaci się za ich usługi substancjami uzależniającymi, najczęściej alkoholem domowej roboty.

Atono, członek ludu Baka usuniętego z jego ziem, wskazuje na poważne metamorfozy jakie zaszły w ich życiu: „Teraz chorujemy z powodu zmian w naszej diecie. Nasza skóra nie lubi słońca i życia na wsi. W lesie jesteśmy zdrowi i przybieramy na wadze. Teraz nikt nie ma żadnych mięśni, każdy wygląda źle. Jesteśmy zmuszeni do picia, aby zapomnieć o naszych kłopotach”.

Problemy uzależnienia i nadużywania substancji uzależniających są powszechne wśród plemion, którym skradziono tradycyjne ziemie. W Kanadzie, wyalienowane dzieci Innu, ludu który został zmuszony do porzucenia swego koczowniczego trybu życia, wąchają gaz w plastikowych torbach. Podobnie w Australii, problem alkoholizmu jest większy od średniej populacji kraju.

Boniface Alimankinni, z aborygeńskiej społeczności z wyspy Tiwi (Wyspy Melville’a) opisuje stan w jakim znaleźli się jego pobratymcy po procesie zmian i doświadczanej przemocy strukturalnej: „Nie mieliśmy szacunku do siebie, ani nic do dania naszym synom, z wyjątku przemocy i alkoholizmu. Nasze dzieci tkwią pomiędzy przeszłością, której nie rozumieją oraz przyszłością, która nic nie oferuje”.

Narkomania i alkoholizm są bieżącym i trudnym problemem w życiu ludności tubylczej. Stanowią one skutek nieudolnej i inwazyjnej polityki, która korzystając z narzędzi akulturacji i przemocy strukturalnej, narzuca plemiennym społecznościom własne koncepcje „postępu” i „rozwoju”, przy zupełnym lekceważeniu faktu, że te społeczności są w znacznym stopniu samowystarczalne. Zindustrializowane społeczeństwa poddają społeczeństwa plemienne aktom ludobójczej przemocy, niewolnictwa i rasizmu, by utorować sobie drogę do ich ziem i zasobów, a także źródeł taniej siły roboczej.

Dyrektor Survival International, Stephen Corry powiedział, że najnowszy raport jego organizacji „Postęp może zabić” udowadnia, że narzucanie rozwoju społecznościom plemiennym po prostu nie działa: „Nawet nowoczesna opieka medyczna jest niewystarczająca, aby zapobiec zniszczeniom spowodowanym przez kradzież ziemi. Wymuszanie rozwoju na ludach plemiennych nigdy nie przynosi dłuższego i szczęśliwszego życia, a raczej krótsze. Jedyną ucieczką od ponurej egzystencji jest śmierć. Tzw. rozwój zniszczył wiele plemion i grozi kolejnym, dlatego wzywamy Organizację Narodów Zjednoczonych aby opowiedziała się przeciwko przymusowemu rozwojowi na ziemiach plemiennych”.

Opracowanie: Damian Żuchowski
Zdjęcie: C. Fornellino Romero, Survival
Artykuł oryginalny: SurvivalInternational.org
Artykuł ukazał się także na: WolneMedia.net i amazonicas.wordpress.com

Opublikowano Afryka, Ameryka Północna, Prawa Człowieka | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Cierpienia Buszmenów w cieniu diamentowego odkrycia

Pomimo rosnących zysków z międzynarodowych operacji wydobycia diamentów w Botswanie, społeczności Buszmenów nadal cierpią.


W drugiej połowie listopada 2015 roku w pobliżu rezerwatu Buszmenów, Central Kalahari Game Reserve, znaleziono drugi co do wielkości diament w historii. Administracja Botswany bardzo chętnie chwali się znaleziskiem szacując majątek związany z diamentami w światowych mediach, ale jak dotąd bezustannie ignoruje trwające i powtarzające się przypadki naruszeń praw człowieka rdzennych wspólnot Buszmenów żyjących najczęściej w pobliżu eksploatowanych zasobów naturalnych.

Buszmenów wysiedlono z ich ziem ponad 10 lat temu. W 2006 roku sąd oficjalnie obwieścił ich prawo do powrotu do swoich domów położonych w granicach rezerwy. Pomimo orzeczenia, większości członkom plemienia uniemożliwiono zamieszkanie tam. Dla tych, którzy postanowili wrócić, życie zgodne z ich kulturą stało się prawie niemożliwe. Rządowi ministrowie i reprezentanci korporacji Gem Diamonds, obiecali stworzyć kilka nowych odwiertów umożliwiających im pozyskiwanie wody, ale większość Buszmenów nadal nie posiada dostępu do czystych zasobów błękitnego płynu.

Administracja Botswany wprowadziła ogólnonarodowy zakaz polowania w 2014 roku, który uniemożliwił Buszmenom funkcjonowanie, zgodne z ich kulturą i metodami pozyskiwania żywności. W razie jego złamania grożą im aresztowania, pobicia i tortury ze strony paramilitarnej policji oraz strażników finansowanych przez państwo. Rdzenni Mieszkańcy oskarżani są o „kłusownictwo”, ponieważ polują, aby wyżywić własne rodziny. A to wszystko dzieje się mimo orzeczenia sądowego uznającego ich prawo do polowań w rezerwie, wydanego przed dziewięcioma laty.

Dyrektor organizacji Survival International, Stephen Corry, komentując ostatnie diamentowe odkrycie w Botswanie powiedział: „Media zostały tak tym zaślepione, że Botswana łatwo ukryła prawdziwe ofiary swojej diamentowej gorączki. Prawa Buszmenów są wciąż naruszane przez rząd, który myśli, że sam jest zbyt potężny, aby słuchać własnego Sądu Najwyższego. W okresie przygotowań do 50. rocznicy obchodów odzyskania niepodległości przez Botswanę, planowanych na 2016 rok, Survival International będzie robił wszystko, aby upewnić się, że nadużycia w stosunku do Buszmenów nie zostaną zapomniane, w nadziei, że większość obywateli Botswany zacznie traktować ich sprawiedliwie”.

Opracowanie: Damian Żuchowski
Na podstawie: SurvivalInternational.org, TVP.info

Artykuł ukazał się także na WolneMedia.net

Opublikowano Afryka, Okupacja, Prawa Człowieka | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

O zniesieniu tajności w organizacji państw i społeczeństw ludzkich

Wyobraźmy sobie pomieszczenie, w którym znajduje się dziewięć osób. Wszystkie te persony siedzą wokół stołu i dyskutują o bieżących sprawach. Reprezentują różne pokolenia – uśmiechają się, śmieją, przyjmują poważne pozy, czasami unoszą głos. Najpewniej są członkami jednej i tej samej rodziny. Nagle trzech spośród zgromadzonych wstaje i prosi pozostałych o opuszczenie izby. Dalsza część dyskusji będzie przebiegała w gronie owej samo mianującej się trójcy. Wyproszona szóstka nie usłyszy jej przebiegu pomimo, że postanowienia podjęte w zamkniętym gronie będą dotyczyły całej rodziny i rzutowały na każdego z nich osobna.

W bliźniaczy sposób urządzone są współczesne społeczeństwa oraz ich organizacje. Chociaż społeczeństwo złożone jest w istocie rodziną rodzin lub zgromadzeniem wolnych jednostek, to w obowiązującej dziś, a w zasadzie od wieków praktyce, dostrzeżemy rozliczne opłotowania, które idee transparentności skręcają już w zarodku. Zamknięte posiedzenia ciał ustawodawczych obradujących rzekomo w imieniu obywateli, zamknięte urzędy oraz apodyktyczne decyzje podejmowane przez okrojone grupy decydenckie, to widoczny objaw głębszej choroby.

Szczególny omam tajności towarzyszy działalności służb specjalnych i korpusów dyplomatycznych. Zasłona dyskrecji, za którą działają, podobnie jak niejawność wielkich transakcji biznesowych, tłumaczone są wymogami bezpieczeństwa i ochroną interesów państwa. Dla dobra społecznego ścieżka decyzji podejmowanych dla ludzi oraz w ich imieniu ma być niedostępna wzrokowi przeciętnego śmiertelnika. W sprzeczności tej, przedstawianej jako pozorna, kryć się ma dbałość o dobro ogółu – o pomyślność każdego obywatela.

Niejawna sfera życia publicznego towarzyszy życiu społeczeństw ludzkich od zarania dziejów. Prawo do niej rezerwowali sobie jedynowładcy, a robili to pragnąc zapewnić swej osobie kontrolę nad nastrojami społecznymi, rozumieć motywacje poddanych i gromić spiski. Tajna policja, szpiedzy oraz rządy wąskiego grona roztrząsającego problemy w zamkniętych komnatach i zgromadzeniach nie należą do najnowszych urządzeń i wynalazków politycznych. Co znamienne, wraz ze zmianami ustrojowymi i modernizacyjnymi ukrócano bądź wygaszano całe systemy rządów i zwyczajów. Zakulisowe posunięcia i półoficjalne organizacje działające w ramach struktur państwowych, przeciwnie, przeobrażały się, lecz ich idea, dostosowana do ducha kolejnych satrapii, trwała nadal.

Ze zrozumieniem dla niejawności życia publicznego odnosiły się kolejne pokolenia filozofów i ideologów. John Locke, jedna ze sztandarowych postaci oświeceniowej myśli politycznej, pisał wiele o wolności, nie kojarzył jej jednak z jawnością: nie wszystkie sfery działalności państwa, zdaniem jego, powinny być otwarte dla ciekawskich ocząt obywateli. W każdym czasie tę regułę tłumaczono inną koniecznością. Bezpieczeństwo, sprawność, fachowość, wymogi organizacyjne, stabilizacja – a więc według aktualnej potrzeby politycznej i historycznej.

Logika zamkniętej kurtyny wybrzmiewała szczególnie fałszywie w systemach przedstawianych jako demokratyczne, a nawiązujących zarazem do idei umowy społecznej. Przyznamy, że z trudem przyszłoby nam podpisanie umowy, której fragmenty objęto by klauzulą tajności, zataiwszy jednocześnie metody egzekwowania zawartych w nich zapisów. Zatwierdzenie kontraktu o nieznanej treści i nieprzewidywalnych skutkach nazwiemy czymś nieprawdopodobnym i nieodpowiedzialnym. Strona proponująca taki układ nadużywa zaufania i igra z równością stron. Umowę skonstruowaną na takich zasadach, jak podpowiada rozwaga, należy odrzucić. Postąpić inaczej, znaczy dobrowolnie przyjąć na siebie jarzmo niewoli, zrezygnować z części własnej podmiotowości i przekuć ją na przywileje strony, dla której meandry wzajemnych zobowiązań pozostaną całkowicie jawne.

Organizacja państwa oparta na sekrecie jest więc asymetryczna: nie będzie nigdy demokratyczną, nie zapewni też realnej kontroli obywateli nad organami państwa, odbierając im prawo do informacji, działania i podejmowania decyzji. Te ostatnie, w rzeczy samej, pozostaną, lecz w zależności od istniejącego systemu prawnego, uderzą nas swoją złudnością i wybiórczością. Sfera niejawna nie ścierpi bowiem próżni. Wypełnią ją instytucje, segmenty państwowe, biznesowe i układy prywatne, które osiągną punktowo dostęp do wiedzy i uprawnień, zamkniętych uprzednio dla poszczególnych obywateli. Partycypacja tych instytucji i organizacji w nieoficjalnym życiu państwa, będzie możliwa dzięki wtajemniczeniu, opartemu na specjalnym zespole uprawnień, koncesji bądź regulacji. Stworzą one w ten sposób pewien zespół zinstytucjonalizowanych kast, o tyle, że poszczególne osoby funkcjonujące w ich strukturach (agenci, dyplomaci, politycy), osiągną dostęp do części wiedzy dotyczącej przede wszystkim ich sektora działań. Dostęp do informacji będzie odpowiednio wzrastał na wyższych poziomach zarządzania, funkcjonujących w ramach struktury organizacji. W rezultacie tego procesu, przestrzenny i wielowarstwowy obraz rzeczy zakrytych dla społeczeństwa, zostanie zarezerwowany dla jeszcze węższego grona osób, obsługującego najwyższe szczeble komórek.

Wskazaliśmy już na samym początku, iż organizacja państwa lub rodziny oparta na tajności, czyli pokątnym modelu zarządzania, nie sprzyja zacieśnianiu więzi społecznych. Wprowadza nierówności, polega na częściowym wykluczeniu, służy zdalnemu sterowaniu wydarzeniami bez udziału tych, które one dotyczą. Zwolennicy tajności w organizacji państw i społeczeństw ludzkich, uznają te twierdzenia za nieprofesjonalne; orzekną, iż niejawność na wielu płaszczyznach jest konieczna dla zachowania bezpieczeństwa państwa. Dyskrecja i sekret zjednoczą się w ich koncepcjach, by „służyć interesowi państwa”.

Istotnie, znajdziemy nie jedno miejsce, które z racji czytelnych nie może być otwarte na oścież. Dajmy na to, dostęp do drzwi pewnych laboratoriów, arsenałów zbrojnych i elektrowni powinien podlegać właściwej procedurze jawności i selekcji. Zniesienie tajności w organizacji państwa nie oznacza bowiem lekkomyślnego negliżu. Wszędzie jednak gdzie wymogi bezpieczeństwa upominają się o szczególną organizację powinny istnieć nawzajem kontrolujące siebie kontr-instytucje, w których układzie nadpsucie jednej gałęzi będzie na bieżąco weryfikowane przez działanie drugiej. Wszystkie one zaś powinny być otwarte na kontrolę i weryfikację obywatelską. Instytucje wyłączone spod kontroli obywatelskiej stają się instytucjami prywatnymi. Egzemplifikacją obywatelskości jest natomiast dostęp do informacji publicznej. Ten kto ukrywa fakty, ukrywa też motywacje, czyny oraz ich skutki.

Działanie w kuluarach nie wystawione na wrażliwe oko społecznej kontroli i weryfikacji, zwiększa prawdopodobieństwo wykorzystania szczególnych uprawnień lub wiedzy dla własnych celów. Służyć też może łamaniu prawa przez wywiad i urzędników państwowych – niejawnemu łamaniu prawa, a zatem łamaniu bezkarnemu. Tak zwane więzienia CIA w Polsce to córka kultury anonimowości. Co więcej, ta sama tajność służyła przez następne lata do pudrowania i dalszego zatajania ich istnienia, a więc uniemożliwiała wskazywania winnych stosowania tortur i nadużyć. Ludobójstwo w Ruandzie, trzy miesiące krwawej łaźni, od wiedzy na temat której odżegnywał się ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych, Bill Clinton, nie była zaskoczeniem dla aparatu instytucjonalnego USA. W dokumencie opracowanym przez CIA, na rok przed wybuchem rzezi, agenci tej formacji przewidywali w niedługim czasie eksplozję przemocy, która pochłonie życie od „16 tysięcy do 1 miliona” istnień ludzkich. Tajemnicą dla służb specjalnych nie były również zbrodnie w Darfurze i na południu Sudanu. Wiadomości te jednak przetrzymywano w politycznych i agenturalnych szufladach i trzeba było czasu by wypłynęły inną drogą, poprzez niesubordynację podwładnych, którzy odrzucili narzuconą im rolę bycia wspólnikami w milczeniu.

Międzyterytorialna penetracja prowadzona przez niejawne służby pozwala na gromadzenie danych społeczno-gospodarczych i wyciąganie przewidywalnych wniosków. Zdobyta wiedza pozostaje jednak wyłączona ze sfery publicznej, służy kamuflowaniu prawdy i prowadzeniu indywidualnej gry politycznej. Antidotum na ten stan rzeczy nie będzie reforma służb – należy zmienić całą filozofię działania – bo to, co przechowywane w ukryciu przed normami powszechnymi, wcześniej czy później, ulegnie ponownemu nadpsuciu.

Ukryty świat dyplomacji, ustrojowo schowany przed okiem obywateli, wypłynął częściowo na wierzch podczas osławionej afery Wikileaks. Wśród ujawnionych dokumentów można było jak na dłoni wyczytać gry ambasadorów i niższych urzędników dyplomatycznych, lawirujących między salonami, naciskających na wydarzenia polityczne – choćby w Bangladeszu – bez podawania własnych intencji do wiadomości publicznej.

Nadmieńmy, że kultura tajności przyobleczona w pozory prawa, ma charakter sekciarski. Ludzie stojący na straży jej egzekwowania zniszczą każdego, kto wyniesie na światło dzienne fermentujące nieczystości będące jej owocem. Bradley Manning, który przekazał dane objęte klauzurą tajności na rzecz Wikileaks, wkrótce został wtrącony do więzienia, pogrożono mu palcem i nazwano zdrajcą, podczas gdy on przywrócił społeczeństwu fragment tego, co zostało mu autorytatywnie odebrane. Ten sam jad wylano w kierunku Edwarda Snowdena, gdy ten upublicznił wielką sieć inwigilacji funkcjonującą w ramach programu PRISM. Dyżurni bieżącego systemu, tacy jak John McCain, który wcześniej wsławił się bombardowaniem Wietnamu, nazwali Snowdena zdrajcą i domagali się surowego ukarania, z karą śmierci włącznie. To kolejny precedens. Ujawnienie tego, co przed społeczeństwem zatajono podlega karze surowszej aniżeli kradzież, gwałt i zamordowanie cywilów podczas operacji zbrojnej.

Gdy Mordechaj Vanunu ujawnił informacje na temat izraelskiego programu nuklearnego, zamiast pogratulować mu odważnej decyzji, wtrącono go na 18 lat do więzienia w imię „zachowania bezpieczeństwa narodowego”. Milcz z nami, lub przepadnij z naszej ręki – groźba ta wisi nad każdym, kto wchodzi w posiadanie wrażliwych danych, zawłaszczanych na bieżąco przez struktury służb specjalnych i autorytatywnych koterii politycznych. W naszym opisie położyliśmy nacisk na przypadek amerykański, opisana prawidłowość rozciąga się jednak na wszystkie państwa i systemy, w które wtopiono ideologię sfery tajemnej niedostępnej ogółowi obywateli.

Współcześnie oglądamy tajne negocjacje w sprawie Transatlantyckiego Partnerstwa w dziedzinie Handlu i Inwestycji (TTIP), którego ustalenia, jakkolwiek, mają dotyczyć społeczeństw całej Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, to przebieg rozmów i szczegóły ustaleń pozostają poza wzrokiem obywateli. Procedowanie TTIP przypomina do złudzenia wcześniejsze postępowanie w sprawie ACTA.

Bez wątpienia, znając mankamenty ludzkiej natury, życie w systemie pełnej otwartości narazi nas na nadużycia zaufania. Głosowanie jawne podczas wyborów parlamentarnych przyniesie przypadki nacisków, celem skłonienia części obywateli do podjęcia decyzji sprzecznej z własną wolą, na przykład pod groźbą utraty zatrudnienia. Będzie to jednak działanie przestępcze i ścigane z urzędu, podczas gdy obecna niejawność życia publicznego produkuje przestępczość skrytą i trudną do zweryfikowania.

Porzućmy zatem owo fałszywe przekonanie – którym zaciemnia się umysły przyjaciół wolności – iż państwo to odosobniony twór, niezależny od społeczeństwa oraz poszczególnych ludzi, jak i funkcjonujący na odmiennych zasadach.

Dyskrecja znamionuje relacje prywatne, sfera publiczna nie może funkcjonować inaczej, jak na zasadzie pełnej otwartości.

Wprowadzić dyskrecję w zakres życia publicznego, znaczy nic innego, jak uprowadzić je na poczet interesów prywatnych.

Lud, który na to przyzwala, staje się bezwolny i nie układa już odtąd samodzielnie swoich losów.

Autor: Damian Żuchowski

Opublikowano Polska, Prawa Człowieka, ustrój, Wolność i Technika | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Zambijczycy borykają się z utratą ziemi

Przymusowe eksmisje i wywłaszczenia mieszkańców Zambii z ich ziemi stały się powtarzalną praktyką stosowaną aby utorować drogę rozwojowi. Obrońcy praw i praw człowieka chcą interweniować i chronić lokalne społeczności przed upowszechniającym się w Afryce zjawiskiem grabieży ziemi.


Ze względu na politykę otwartych drzwi do inwestycji w Zambii, zachęcającej do bezpośrednich inwestycji zagranicznych, rząd w Lusace jest szeroko krytykowany przez działaczy zabiegających o respektowanie praw do ziemi. Administracja prezydenta Edgara Lungu przyciąga zagraniczny kapitał, oferując dostęp do gruntów i duże ulgi podatkowe jako zachętę, godząc się na koszt alternatywny w postaci wysiedlania miejscowych społeczności. Nielicznym eksmitowanym szczęśliwcom wypłacono groszowe odszkodowania.

Kilka wiosek, takich jak Mugoto w dystrykcie Mazabuka, ucierpiało już w efekcie takich przemieszczeń. Z populacją około trzech tysięcy ludzi, wieś Mugoto, jest położona około 62 mile od stolicy Zambii. Ponad połowa jej mieszkańców została wysiedlona by oczyścić teren dla kopalni Munali Nickel. Ludzie żyjący w tej lokalizacji zapuścili tam korzenie ponad 50 lat temu, egzystują zajmując się rolnictwem, zarówno komercyjnym, jak i na własne potrzeby. Prowadzone gospodarstwa pozwalały im na godne życie.

Przetrwanie wielu Afrykańczyków mieszkających na prowincji zależy od rolnictwa. „Ten dom za mną, jest miejscem gdzie zmarła moja matka w 1984 roku. Moja mama żyła w tym miejscu od dziesiątego roku życia. Od tamtego czasu zawsze tu mieszkaliśmy. Obowiązkiem rządu jest interweniować i zobaczyć jak Zambijczycy są ścigani na własnej ziemi. To jest nasze dziedzictwo, to jest nasza ziemia” – ubolewa 70-letni Gift Museli, który stał się jedną z ofiar.

Od momentu wkroczenia górniczego przedsiębiorstwa, wszystko zaczęło zmieniać się na gorsze. Mówią, że każda rodzina otrzymała 3374 dolarów odszkodowania. Kolejna ofiara, Joyce Hakaguba nie otrzymała odszkodowania w ogóle. “Nie mamy pieniędzy, ziemia gdzie stoimy jest naszym bogactwem i życiem” – powiedziała.

Henry Machina, działacz na rzecz praw do ziemi z Zambia Land Alliance, sieci organizacji pozarządowych skupiających się na polityce rolnej, nie jest zadowolony z wysiedlenia lokalnej społeczności w Mazabuka. „To jest klasyczny przypadek sytuacji, w której biedni ludzie są bezsilni, kończą utratą środków do życia ponieważ prawo ich nie chroni. Te rodziny żyły na tym miejscu od dziesięciu do osiemdziesięciu lat, a teraz powiedziano im, że będą musiały się przenieść, podczas gdy nie jest jasne, dokąd powinny się udać” – krytykuje obserwowany proces Machina.

Rząd Zambii zdaje się być świadomy problemu i twierdzi, że wprowadza już działania mające na celu jego rozwiązanie. Minister pracy, Rayford Mbulu, powiedział że „jako rząd próbujemy postępować zgodnie z programem ONZ ds. pracy”. Sceptyczni wobec tych zapewnień pozostają działacze walczący o respektowanie prawa. Jeżeli rząd w Lusace nie wprowadzi świadomej polityki w zakresie gospodarowania gruntami, której podstawowym założeniem będzie ochrona dobra lokalnych mieszkańców przed zagranicznymi inwestorami, eksmisje takie jak te w Mazabuka, będą kontynuowane.

Opracowanie: Damian Żuchowski
Na podstawie: AllAfrica.com

Opublikowano Afryka, Prawa Człowieka | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Obywatel Polski skazany na 5 lat więzienia w Laosie

Sąd w Laosie skazał polskiego obywatela laotańskiego pochodzenia, na prawie pięć lat więzienia za krytykę laotańskiego rządu w Internecie. Oskarżony w trakcie procesu nie miał dostępu do adwokata.


52-letni Bounthanh Khammavong, został aresztowany w czerwcu i oskarżony o „rozpowszechnianie propagandy przeciwko rządowi z zamiarem osłabienia państwa”, na podstawie Artykułu 65 kodeksu karnego, po tym jak policja znalazła dowody łączące go z wpisami na Facebooku, podczas przeszukiwania jego domu w stolicy kraju Wientian.

18 września 2015 roku Sąd Najwyższy w Wientianie uznał Bounthanha winnym i skazał go na 4 lata i 9 miesięcy pozbawienia wolności – poinformowało Radio Free Asia powołując się na raport ministerstwa bezpieczeństwa publicznego. Maksymalna kara jaka mu groziła to 5 lat więzienia i grzywna w wysokości od 500 tys. do 10 mln kipów (60 – 1125 dolarów USD).

„Na podstawie badań i dowodów, Bounthanh został uznany winnym prowadzenia kampanii i działalności skierowanej przeciwko reżimowi Lao PDR” – napisano w uzasadnieniu cytowanym przez pułkownika Thongleka Mangnormeka, zastępcy dyrektora generalnego departamentu policji przy ministerstwie bezpieczeństwa publicznego. Thonglek dodał, że skazany krytykował również wytyczne polityki partii i rządu. W raporcie  nie podano jednak szczegółów treści opublikowanych przez Bounthanha.

Urzędnik dyplomatyczny przebywający w Laosie, który zgodził się skomentować tę sprawę dla Radio Free Asia pod warunkiem zachowania anonimowości, nazwał postępowanie sądowe „jednostronnym”. Faworyzowano wyraźnie stronę pozywającą, podczas gdy Bounthanh nie mógł spotkać się z adwokatem podczas procesu. Urzędnicy w polskiej ambasadzie w Tajlandii, z siedzibą w Bangkoku, odmówili Radio Free Asia udzielenia komentarza w sprawie skazania Bounthanha, nadmieniając jedynie, że wysyłali swoich przedstawicieli na spotkania z nim w więzieniu, raz w miesiącu.

Bounthanh Khammavong jest zasłużonym działaczem na rzecz demokracji, zmuszonym do emigracji z Laosu. Po wyjeździe z ojczyzny został obywatelem Polski, gdzie założył Organizację Laotańskich Studentów na rzecz Niepodległości i Demokracji. Powrócił do Laosu w 2010 roku, aby rozwijać działalność gospodarczą, po otrzymaniu zapewnienia ze strony urzędników laotańskich, że nie będzie represjonowany. Dwa razy w roku odwiedzał swoją żonę w Polsce, aż do ostatniego uwięzienia.

Vanida Thephsouvan, prezes Laotańskiego Ruchu na rzecz Praw Człowieka z siedzibą w Paryżu, oznajmiła, że skazanie Bounthanh jest najnowszym przykładem tego, jak rząd w Wientanie wybrał ignorowanie rekomendacji Organizacji Narodów Zjednoczonych, zawartych w ostatnim Powszechnym Okresowym Przeglądzie Praw Człowieka. Wśród nich znalazło się kilka ważnych zaleceń dotyczących praw człowieka w Laosie, w tym w kwestii wolności mediów i Internetu.

Opracowanie: Damian Żuchowski
Na podstawie: RFA.org

Artykuł ukazał się także na http://www.wolnemedia.net

Uwaga końcowa: W wiadomości Radio Free Asia  dane osobowe skazanego to Bounthanh Khammavong. Dane z działalności i pobytu w Polsce wskazywały by jednak jako poprawny zapis: Bounthanh Thammavong.

Opublikowano Azja, Polska, Prawa Człowieka | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz