Tama Gible III oficjalnie otwarta

Po latach budowy w grudniu 2016 roku w Etiopii uruchomiona została tama Gible III, jeden z najbardziej kontrowersyjnych tego typu obiektów na świecie, która położy kres naturalnym wylewom rzeki Omo, od których bezpośrednio zależy egzystencja około 100 tysięcy rdzennych mieszkańców Doliny Omo, a pośrednio także dobrostan kolejnych 100 tysięcy członków tubylczych społeczności. Co więcej nadchodzące zmiany mogą mieć ostatecznie katastrofalny wpływ na poziom wód w jeziorze Turkana w Kenii, największego pustynnego jeziora na świecie – od kondycji których zależy życie 300 tysięcy rdzennych mieszkańców żyjących wzdłuż jego brzegów.

Gible III jest dzieckiem współpracy autorytarnego rządu w Addis Abebie z Salini Impreglio – włoskim przedsiębiorstwem uchodzącym za giganta w dziedzinie inżynierii. Udział włoskiego podmiotu w tym przedsięwzięciu został zaskarżony przez organizację Survival International, broniącą praw ludności tubylczej. Akt oskarżenia nie zatrzymał jednak konstrukcji kolejnych tam – Gible IV i Gible V – będących już w fazie planowania. Sztuczne powodzie, jakie zdaniem konstruktorów, mają zrównoważyć zahamowanie naturalnych wylewów nie gwarantują tego samego stopnia efektywności i w zestawieniu z agrobiznesowymi planami jest mało prawdopodobne, aby były regularnie, dokonywane ze względu na wysokie koszty.

Etiopski rząd i Salini już od dawna twierdzą, że sztuczne wylewy rzeki zastąpią te naturalne, ale na przestrzeni ostatnich dwóch lat kiedy dopuszczono się znacznych ingerencji w środowisko nie udało im się dostarczyć tyle wody, aby zapewnić środki do życia miejscowych mieszkańców. Wielu spośród nich jest uzależniona teraz od pomocy żywnościowej, która dostarczana jest nieregularnie i w niewystarczających ilościach. Jeden ze świadków będący zarazem ofiarą dokonujących się zmian, w listopadowej rozmowie z członkiem zarządu organizacji International Rivers powiedział: „Rzeka nie przewiduje dla nas więcej. Moi ludzie stoją przed dużym problemem. Pomoc jest nie wystarczająca, aby żyć”. I dalej: „Rzeka nadal opada. Krokodyle wciąż są w rzece, ale mają  problemy. Ryby składają coraz mniej jaj. Co roku ryb jest coraz mniej”.

Organizacja Survival International, która od lat, w sojuszu z International Rivers próbuje unaocznić światu falę kolonizacji zalewającą Dolinę Omo – której Gible III jest jednym z większych fenomenów – przypomina, że region ten pozostaje jednocześnie jednym z najważniejszych miejsc w historii wczesnej ewolucji człowieka. Fakt ten obok wyjątkowej różnorodności biologicznej przyczynił się do wpisania dwóch miejscowych lokalizacji na listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO i utworzenia pięciu parków narodowych. Głowa kenijskiej agencji ochrony środowiska powiedziała w marcu, że tama rozpęta „jedną z najgorszych katastrof ekologicznych jaką można sobie wyobrazić”. Dyrektor Survival International Stephen Corry zastanawiając się nad tym, czego otwarciem jest rzeczywiście inauguracja Gible III odpowiada: „montażem głodu, braku bezpieczeństwa i niszczenia środowiska. Od lat eksperci wyzwali rząd i Salini aby zachowali ostrożność”.

Opracowanie: Damian Żuchowski
Zdjęcie: Greg Lupe (Survival International)
Na podstawie: SurvivalInternational.org, Fanabc.com, Economist.com, AllAfrica.com, YouTube.com

Artykuł ukazał się także na http://www.wolnemedia.net

LEKTURA UZUPEŁNIAJĄCA:

1. „Dolina Omo: Tubylcy w cieniu giganta”
http://wolnemedia.net/ekologia/dolina-omo-tubylcy-w-cieniu-giganta/

2. „Kolonizacja i eskalacja nacisków w Dolinie Omo”
http://wolnemedia.net/ekologia/kolonizacja-i-eskalacja-naciskow-w-dolinie-omo/

3. „Polska Komisja Nadzoru Finansowego ignoruje prawa człowieka”
http://wolnemedia.net/ekologia/polska-knf-ignoruje-prawa-czlowieka/

4. „Nowy Apartheid w Etiopii”
http://wolnemedia.net/polityka/nowy-apartheid-w-etiopii/

5. „Kolonizacja w Dolinie Omo to współczesna tragedia”
http://wolnemedia.net/ekologia/wspolczesna-tragedia-kolonizacja-w-dolinie-omo/

6. „Brytyjski rząd tuszował łamanie praw człowieka w Etiopii”
http://wolnemedia.net/brytyjski-rzad-tuszowal-lamanie-praw-czlowieka-w-etiopii/

7. „Ustawą antyterrorystyczną w etiopskich aktywistów”
http://wolnemedia.net/ustawa-antyterrorystyczna-w-etiopskich-aktywistow/

Opublikowano Afryka, Prawa Człowieka | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

B. Rotschild zaangażowany w polowania na słonie i wysiedlanie Pigmejów

Kompania oferująca polowania na słonie, będąca współwłasnością Benjamina de Rotschilda jest zarazem zaangażowana w łamanie praw człowieka, nielegalne eksmisje Pigmejów Baka i ich sąsiadów. Firma Faro West Lobeke dokładniej rzecz ujmując, jest współwłasnością Rotschilda i zawodowego myśliwego Pierre’a Guerriniego.

Wspomniane praktyki dotyczą dwóch „obszarów chronionych” w Kamerunie dzierżawionych przez Benjamina Rotschilda, gdzie oferuje on turystom udział w polowaniach na słonie za opłatą 55-56 tysięcy euro, pomimo, że polowanie, zabijanie i zbieranie kłów słoni zostało napiętnowane przez prawo międzynarodowe jako praktyki podtrzymujące popyt na towary luksusowe związane z tym sektorem. Jedna ze spółek pracująca w granicach rezerwatu reklamuje się w następujący sposób: „Wszystkie nasze luksusowe obozy leśne są w pełni wyposażone i stanowią solidną konstrukcję, mamy klimatyzowane, prywatne domki z pełnymi łazienkami i salonami opatrunkowymi”. Firma szczyci się również tym, że oferuje swoim klientom europejskie wina i napoje z najwyższej półki i dostęp do basenu.

Działalność umożliwiającą zdobycie trofeum łowieckiego poprzedziła eksmisja z terytorium miejscowych Pigmejów Baka, co jest sprzeczne z prawem międzynarodowym, zapisami dotyczącymi praw człowieka i praw ludności tubylczej. Obszar, w którym współudziały posiada Rotschild jest patrolowany przez żołnierzy, policjantów i uzbrojonych strażników – Baka zostali ostrzeżeni, że mogą zginąć, jeżeli tylko wkroczą na terytorium, które dla nich było wcześniej tradycyjną przestrzenią bytowania: zbieractwa, polowań i praktyk religijnych. Pigmeje donoszą, że na przestrzeni ostatniego roku trzy ich obozy leśne zostały spalone przez strażników przyrody i pracowników safari. Mężczyźni, którzy przekroczyli granicę w celu poszukiwania pożywienia zostali napadnięci i pobici przez ochronę obszaru.

Organizacja Survival International komunikowała się z trzema świadkami represji.  Jeden z członków lokalnej wspólnoty relacjonuje: „Powiedzieli mi abym niósł mojego ojca na plecach. Gdy zacząłem iść strażnik bił mnie, bił mojego ojca. Przez trzy godziny, cały czas płakałem, a on bił mnie, dopóki nie zemdlałem i upadłem z ojcem na ziemię. Inny Pigmej Baka powiedział: „Kiedy firma oferująca trofea z polowania znajdzie nas to palą obozy. Biją nas, szukają, wykorzystują swoje psy jako broń przeciw nam”. Trzeci rozmówca dodał: „Firma myśliwska powiedziała, że jeśli zobaczą kogoś (w lesie), to kule będą latać. Teraz ci, którzy mają rodziny nie mogą tam się dostać. Jak będziemy teraz żyć?”.

Survival International skontaktowała się z Benjaminem de Rotschildem informując go o poważnych doniesieniach dotyczących naruszeń praw człowieka, które zostały popełnione w celu zabezpieczenia terytorium na działalność związaną z luksusowymi polowaniami, ale nie doczekała się odpowiedzi. Jednocześnie organizacja zwraca uwagę na to, że największe organizacje zajmujące się ochroną przyrody, takie jak WorldWide Fund for Nature (WWF) oraz Wildlife Conservation Society (WCS) przyczyniły się do tworzenia chronionych obszarów na ziemiach rdzennych społeczności, z których byli następnie eksmitowani.

Nie jest to bowiem odosobniony przypadek. W całej Afryce plemienne ludy są oskarżane o „kłusownictwo”, ponieważ polują, aby wyżywić swoje rodziny. Członkowie tych społeczności pozostają narażeni na aresztowania, pobicia, tortury i śmierć, podczas gdy projekty związane z polowaniami na trofea rozwijają się, zyskując miano przedsięwzięć ekologicznych z uwagi na zamknięcie dużych obszarów dla działalności ludzkiej i udostępnienie ich w ograniczonym zakresie osobom zainteresowanym odpłatnym polowaniom. Dyrektor Survival International, Stephen Corry w komentarzu do tych praktyk powiedział: „W całej Afryce bogaci myśliwi polujący na trofea są mile widziani w tych samych miejscach, gdzie plemienni myśliwi są nielegalnie eksmitowani z ojczyzn ich przodków za to, że polują aby wyżywić swoje rodziny. To musi się skończyć. Ochrona przyrody w dorzeczu Konga to kradzież gruntów, kontynuacja kolonializmu. Prowadzi to do powszechnych i przerażających naruszeń praw człowieka, w tym do pozasądowych zabójstw. Dlaczego tak niewiele osób o tym mówi? Survival International prowadzi walkę z tymi nadużyciami. Ekolodzy muszą respektować prawa człowieka, tak jak każdy inny”.

WWF wskazuje, że w przypadku kameruńskim przyczyniło się  do powstania łowisk rybnych, których zadaniem jest zrównoważenie ubytku białka z diety lokalych społeczności – wydaje się jednak, że wielkie parki ochrony przyrody z jednej strony eliminujące miejscowy czynnik ludzki, a z drugiej otwierające podwoje dla myśliwych z Zachodu polujących na trofea, mogą w przyszłości doprowadzić do erozji idei ochrony przyrody w takiej formie, wśród niektórych społeczeństw afrykańskich, które mogą zacząć dostrzegać w nim hobby szukających wyrafinowanych wrażeń myśliwskich Amerykanów, Europejczyków i Azjatów. A wtedy ucierpią wszyscy.

Opracowanie: Damian Żuchowski
Zdjęcia: Survival International/ JeuneAfrique/ Selcen Kucukustel/Atlas
Artykuł ukazał się także na http://www.wolnemedia.net

ŹRÓDŁA:

1. NINETEEN “Pygmy” communities denounce conservationists over evictions and violence http://www.survivalinternational.org/news/11487

2. http://www.hunting-faro-lobeke.com/

3. Benjamin de Rothschild is Forcing Native Pygmies Off Their Own Land So the Elite Can Slaughter Elephants
http://humansarefree.com/2016/11/benjamin-de-rothschild-is-forcing.html

4. Billionaire’s elephant-hunting safaris implicated in „Pygmy” abuses
http://www.survivalinternational.org/news/11534

Opublikowano Afryka, Europa, Prawa Człowieka | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Czy tezy Pawła Włodkowica mogły uratować Nowy Świat?

Historii jako utrwalonego zapisu dziejów nie da się odmienić jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wydarzenia, które w linearnej koncepcji czasu rozpoznajemy jako przeszłe nie mogą być formowane na nowo, ani liftingowane poprzez usuwanie zgłosek i wątków uznanych za negatywne. 12 października 1492 roku Krzysztof Kolumb osiągając brzegi wyspy San Salvador w archipelagu Bahamów, zapoczątkował trwały kontakt między społecznościami zachodniej i wschodniej części kuli ziemskiej. Obie strony były nie przygotowane na te spotkanie, a ich system wartościowania w dużej mierze pozostawał niekompatybilny. Rewolucja techniczna  jaka dokonała się w Europie i choroby jakie spustoszyły Rdzennych Amerykanów w zderzeniu tym zadecydowały, że to przybysze ze Starego Kontynentu i ich potomkowie zdominowali Nowy Świat populacyjnie, politycznie i terytorialnie.

pawel-wlodkowic

Spotkaniu temu towarzyszyły przykłady epizodalnej współpracy, przyćmione przez postępujący proces historycznego wydziedziczania, marginalizacji, niewolenia i depopulacji pierwszych mieszkańców Ameryki – w niektórych przypadkach proces ten wpisywał się w definicję ludobójstwa kolonialnego, a nawet ludobójstwa otwartego. Na przestrzeni zaledwie 40 lat spustoszona została przez Hiszpanów kilkumilionowa populacja Wielkich Antyli, a dekret królewski Ferdynanda Aragońskiego skierowany przeciw bahamskim Indianom nie pozostawia wątpliwości, że mimo znacznej samowoli konkwistadorów, niektóre z tych rozdziałów posiadały administracyjny patronat płynący wprost z europejskich metropolii. W krótkim czasie zdruzgotano wielkie cywilizacje Ameryki i Andów; a kampanie i programy anihilacyjne prowadzone w XIX wieku w niektórych regionach Urugwaju, Brazylii, Argentyny, Stanów Zjednoczonych i Peru dostarczają przesłanek, iż był to proces niejednorodny, lecz trwały i systematyczny. Podtrzymywanie przymusowych programów asymilacyjnych aż do drugiej połowy XX. wieku, okupacja i wyzysk tubylczych społeczności Ameryki, a także powtarzające się masakry tzw. nieskontaktowanych społeczności przypominają, że jest to epizod historii ludzkości wciąż ostatecznie nie zakończony, a wielu spośród żyjących nadal nosi nie zagojoną ranę, nie tylko historyczną, ale również tą całkiem osobistą, doznaną za swego życia.

Opuśćmy teraz na moment Santa Marię, na pokładzie, której Kolumb właśnie zbliża się do pierwszych amerykańskich wysp i przenieśmy się ponad 250 lat wstecz do północno-wschodniej Europy. Trwa właśnie rozbicie dzielnicowe Polski, a polscy książęta na przemiennie wchodzą w różne sprzeczne koalicje. W 1226 roku Konrad Mazowiecki, za namową Henryka Brodatego sprowadza na Ziemię Chełmińską Zakon Domu Niemieckiego Szpitalników Najświętszej Maryi Panny (Krzyżaków), by ci rozprawili się z długotrwałym problemem jakim miało być sąsiedztwo ludów pruskich. Prusowie, a więc zbiorcza nazwa jaką określano ludy mieszkające między Wisłą a Niemnem, nie cieszą się we współczesnej Europie estymą, ani prawem równego. Zachowując swoje tradycje i rodzimą religię, znajdywali się poza pewną wspólnotą moralną i europejskim porządkiem politycznym odwołującym się do chrystianizmu. Zorganizowanie krucjaty przeciw Prusom uchodziło za czyn niemniej chwalebny niż święta wojna przeciwko muzułmańskim Arabom. Sprowadzenie Krzyżaków, miało w intencji książąt polskich zabezpieczyć wschodnie granice ich domen coraz skuteczniej przełamywane przez pogan [1].

Akt ten okazał się w krótkim czasie niezamierzonym, być może, wyrokiem na 137-190 tysięcy członków ludów pruskich i bałtyjskich z północno-wschodniej Europy. Przyniósł on największą zagładę bądź etnobójstwo w historii Europy do czasów podboju Wysp Kanaryjskich przez Hiszpanów, a następnie Ameryki. W wyniku tej kampanii i polityki dyskryminacyjnej z krajobrazu Europy zniknęli Sambowie, Pomezanie, Pogezanie, Galindowie, Natangowie, Bartowie, Nadrowianie, Skalowowie, a także Jaćwingowie. Miecz Damoklesa wisiał do czasu również nad Żmudzinami i Litwinami.

Jak poświadczają kroniki i źródła historyczne wobec ludów tych prowadzono wojnę bezlitosną i zapamiętałą. Dwa powstania pruskie w latach 1242-1249 oraz 1260-1274 tłumiono ze szczególną bezwzględnością. W opisach zwycięstw Krzyżaków oraz ich sojuszników przybywających na krucjatę z różnych części Europy, od Niemiec i Austrii po Czechy, Polskę i Francję, przetaczają się opisy zdobywanych grodów pruskich – za każdym razem mieszkańcy ich są na poły mordowani, a na poły brani w niewolę. Zdarzały się jednak uderzenia przewidujące zagładę całkowitą. W czasie Pierwszego Powstania stało się tak w grodzie w Starym Dzierzgoniu, z którego „wszystkich mieszkańców pojmano i wymordowano”. Występną strategię stosował król czeski Przemysław Ottokar, który dołączając do Krzyżaków, palił wszystko i wziął w niewolę wielu ludzi – „takiej rzezi dokonano na narodzie Sambów, że starszyzna dawała królowi zakładników […], aby nie zgładził całego ludu”. Strategię te stosowano wielokrotnie na przestrzeni kilkudziesięciu lat, jeśli oszczędzano ludność podbitych terenów, to bardziej nie z litości, ale z myślą o włączeniu ich w system gospodarczy rozwijany przez Krzyżowców i ich sojuszników na podbitych terenach.

W okresach względnego pokoju wobec Prusów nie dochowywano przyrzeczeń i stosowano wobec nich ucisk. Wójt krzyżacki, Wolrad Mirabilis pełniący swój urząd na zamku w Lencebergu nad Zalewem Wiślanym zaprosić miał dziewiętnastu dobrze urodzonych Natangów (nobiles) na ucztę połączoną z rokowaniami w kwestiach spornych. Gdy ci byli już zmorzeni alkoholem opuścił zgromadzenie, nakazał zablokować drzwi i podłożyć ogień – wszyscy oni zginęli żywcem w płomieniach. Akty barbarzyństwa takie jak te, przyczyniły się wówczas do Drugiego Powstania, które wyniosły do miana dziejowych bohaterów Prus, postacie takie jak Herkus Monte, Glappo, Diwan, Skomand, a wypada jeszcze wspomnieć o przez literaturę najbardziej rozsławionym uczestniku walk z tego okresu, litewskim królu Mendogu. Wszyscy oni polegli w boju, lub zabici zostali podstępem, podobnie jak od 20% do 50% XIII-wiecznej populacji pruskiej. Pozostałych, którzy przetrwali te kampanie i nie zbiegli, zmuszono do masowych przesiedleń, panowanie nad nimi umocniono ich prawnym i społecznym upośledzeniem, tradycyjne ziemie pokonanych albo wyludniono (jak Jaćwingów) lub poddano kolonizacji. W trakcie trzech kolejnych wieków około 90 tysięcy spośród tych którzy przeżyli uległo powolnej asymilacji i wynarodowieniu.

Nie jest to pierwszy raz, kiedy odnotowano podobieństwo dziejowe jakie spotkało Rdzennych Mieszkańców Ameryki po tym gdy zetknęli się z Europejczykami i pruskich sąsiadów Polski, podbitych i w dużej mierze wyniszczonych przez paneuropejski ruch krucjatowy na czele, którego stanęli Krzyżacy. Zarówno tym pierwszym, jak i drugim by wyprząc ich ze wspólnoty moralnej przypisywano nieludzkie obyczaje i brutalność obcą ludowi chrześcijańskiemu. Zarzuty te ucieleśniały się toż w kanibalizmie i łowieniu głów, toż w składaniu ofiar z ludzi.

Walkom granicznym z Indianami w Stanach Zjednoczonych czy Brazylii jeszcze w XIX wieku nadawano dehumanizacyjny tytuł „polowań”, wdrukowując w przekonania pograniczników wrażenie, że ścierają się bardziej z siłami przyrody, aniżeli ludźmi równymi sobie. Krzyżowcy wyruszający na wyprawy wojenne z ufortyfikowanych obozów położonych wzdłuż brzegu Zalewu Wiślanego też nie szli przeciw równemu przeciwnikowi, co potwierdzały treści wznoszonych pieśni, wśród których przewijała się fraza: „musimy polować na pogan”. W chwilach takich milkły świadectwa kordialnych relacji z Pierwszymi Mieszkańcami Ameryki – ich opisy jako ludzi łagodnych i przyjaznych dokonywane rękami odkrywców i podróżników. Na znaczeniu traciły również kronikalne zapisy Adama z Bremy, który w 1075 roku mówił o Prusach jako „Homines Humanissimi” – najbardziej humanitarnych wśród ludzi.

Zarówno podbojowi i kolonizacji Ameryki, jak i podbojowi Prusów, nadawano szczytne hasła misji, w gruncie rzeczy bożej i cywilizacyjnej, bo jak przekonywano ich uczestników i w co niektórzy z nich rzeczywiście usilnie wierzyli – były to projekty i zamierzenia święte i chrześcijańskie. Wojskowe zastępy idące z bogiem na ustach w Ameryce, co prawda brały w posiadania ziemie w imieniu monarchów europejskich, lokowały wsie i sprowadzały osadników do północno-wschodniej Europy, lecz nie robiły tego inaczej jak w imieniu posłania bożego zapisanego w Biblii i po to by zaprowadzić Pax Christiania na Ziemi. Tak nakazywała wierzyć oficjalna propaganda. W rzeczywistości w obu scenariuszach hasła te wykorzystywane były ideologicznie celem zdobywania i gromadzenia cennych i użytecznych surowców. W Ameryce Europejczycy znajdywali je w postaci złota ukrytego w skarbcach władców andyjskich, czibczyjskich i mezoamerykańskich, złota wydobywanego w Kalifornii, w Minas Gerais, na Alasce i w Amazonii; w postaci srebra z góry Potosi czy peruwiańsko-brazylijskiego kauczuku. W cenie były ziemia, plantacje i zasoby ludzkie, które można było gospodarczo wykorzystywać i eksploatować. Dalecy od motywów wybitnie religijnych pozostawali też Krzyżacy, dla których osadzenie na Ziemi Chełmińskiej, po okryciu się niesławą na Węgrzech, okazało się przedsięwzięciem nader intratnym. Bez najmniejszych skrupułów weszli w układ z mieszczanami z Lubeki, ludźmi o motywacjach wybitnie biznesowych i współorganizowali z nimi morskie wyprawy wojenne przeciw Sambii. Nie chodziło wcale o zbawienie dusz zagubionych Sambów – uświadomimy to sobie najpełniej przywołując fakt, że ziemie zamieszkane przez ten lud słynęły z wydobycia bursztynu i jego obrotem, przedsięwzięcia w tamtym czasie wyjątkowo dochodowego.

Podbój, depopulacja, etnobójstwo i wydziedziczenie Prusów i Rdzennych Amerykanów mimo, że oddziela je ćwierć tysiąclecia, przynajmniej początkowo, dokonywały się na tle podobnej kompozycji prawno-aksjologicznej w jakiej lokowali ich zachodnioeuropejscy oponenci. Europejskie rycerstwo przystępowało do podboju i kolonizacji Prus znajdując się bezpośrednio pod wpływem podupadającej podówczas idei krucjatowej, której czynnikiem zapalającym było „wyzwolenie” i odzyskanie dla chrześcijan Ziemi Świętej. Z kolei hiszpańscy hidalgos wyprawiający się za ocean nosili w sobie piętno wieloletnich walk z „niewiernymi w Europie” – upadek muzułmańskiej Grenady następuje w tym samym roku, co dopłynięcie Kolumba do Karaibów. W Madrycie, Lizbonie, Królewcu i Pradze nie sądzono, że ma się do czynienia z równorzędnym partnerem z wielu powodów. Jedną ze starych przesłanek prawniczych i teologicznych wykorzystywanych w bieżącej polityce było przekonanie, że poganom ze względu na niezmazany grzech pierworodny, nie przysługuje prawo do posiadania rodziny, własności prywatnej i własnego państwa. Monarcha chrześcijański i zastępy wojskowe wyruszające do boju z krzyżem na piersi, posiadały prawo do prowadzenia wojen zaczepnych przeciw państwom pogańskim, do rekwirowania pogańskich majątków, a także podporządkowania, eksploatacji, a nawet niewolenia pogan.

Dla Krzyżaków rodzimowierstwo ludów pruskich było wystarczającym powodem do wydania im wojny, zniszczenia ich organizacji, jak również do tego by na gruzach pruskich grodów założyć własne państwo. Hiszpańscy odkrywcy i konkwistadorzy wkraczając na nowe terytoria w Ameryce brali je w posiadanie królów Kastylii i Aragonii, jeszcze zanim spotkali lokalną ludność i podjęli z tubylczymi administracjami jakiekolwiek dyplomatyczne rokowania. Jeśli chciała uniknąć krwawej wojny, rdzenna ludność powinna bez skinienia przyjąć patronat białego władcy z Europy, odrzucić stare obyczaje i wkroczyć na drogę nowej religii – wykazując posłuszeństwo w tym zakresie i tak popadała w uzależnienie chociażby poprzez system encomiendy i nie była już odtąd kowalem swego losu.

Czy rzeczywiście w okresie późnego średniowiecza i u progu renesansu nie istniała żadna doktryna, która pozwalałaby na nakreślenie naonczas innej linii relacji? By odpowiedzieć poniekąd na te pytanie spróbujmy stanąć pośrodku nakreślonych wcześniej odcinków czasowych. Jest lipiec 1410 roku. Właśnie na polach pod Grunwaldem rozegrała się jedna z największych bitew średniowiecznej Europy. Sojusz polsko-litewski pod wodzą króla Władysława Jagiełły i księcia Witolda zadał w niej klęskę Zakonowi Krzyżackiemu wspomaganemu na polu bitwy przez kwiat zachodnioeuropejskiego rycerstwa. Militarny triumf w walnym starciu nie oznaczał ostatecznego zwycięstwa chorągwi polsko-litewskiej. Wraz z symboliczną śmiercią wielkiego mistrza krzyżackiego Ulricha von Jungingena, rozpoczęła się walka propagandowa na dworach całej Europy, która mogła obrócić w niwecz dokonane orężem rozstrzygnięcia spod Grunwaldu. Dopiero na soborze w Konstancji w latach 1414-1418 szala racji zaczęła przychylać się na rzecz argumentacji wyłożonej przez poselstwo polskie.

Po klęsce pod Grunwaldem Zakon Krzyżacki przystąpił do zakrojonej na szeroką skalę akcji opiniotwórczej, która miała wykazać, że jako przedmurze chrześcijaństwa w tej części Europy został on zdradziecko zaatakowany przez pogan i wspomagających ich króla polskiego. Pisma głoszące tę wersją wydarzeń, były kolportowane wśród książąt i w miastach niemieckich, docierały do kurii papieskiej, do Francji i Anglii. W kampanii tej z czasem kluczową rolę odegrał działający częściowo pod wpływem osobistej urazy dominikanin Jan Falkenberg. Po konflikcie teologicznym w jaki wdał się on z Mateuszem z Krakowa, któremu zarzucił herezję, Falkenberg wygnany został ze stolicy Małopolski – i zaangażował  swe pióro przeciw Polsce. Od początku próbował swymi tezami zainteresować Krzyżaków; nie jest jasne na ile z inspiracji tych ostatnich, a na ile na własną rękę, nie do końca początkowo przez tychże doceniony, udał się następnie do Paryża, by tam szukać poparcia środowisk uniwersyteckich. Kampanię swą rozpoczął Falkenberg wydaniem w 1412 roku przyobleczonej w ostry język „Satyry przeciw herezji i innym niegodziwościom Polaków oraz ich króla Jagiełły”. W czasie Soboru w Konstancji tezy wyłożone przez Falkenberga stały się w pełni reprezentatywne dla stanowiska Zakonu Krzyżackiego, a on sam w formie bardziej ułagodzonej, na zlecenie rycerzy z Królewca, powtórzył swe zarzuty w napisanej w 1416 roku „Księdze o doktrynie władzy papieskiej i cesarskiej”.

Teoria głoszona przez Falkenberga zawierała reminiscencje odwołujące się do myśli XIII-wiecznego teologa i kanonisty Enrico Segusio (Hostiensis), który popierał siłowe nawracanie pogan i podważał prawo ludzi nie ochrzczonych do posiadania rodziny, własności prywatnej i własnego państwa. Jak zauważa Stanisław Wielgus, ideologia chrystianizacji poprzez działania militarne, broniona przez Enrico Segusio, już wcześniej posłużyła Zakonowi Krzyżackiemu po osadzeniu go na Ziemi Chełmińskiej, do realizacji jego własnych celów i tłumaczyła „rugowanie ogniem i mieczem Prusaków i Żmudzinów z ich ziem”. Neofici, zdaniem Falkenberga, nawet po ochrzczeniu nie mieli jednak prawa do pełnego samostanowienia gdyż „uznanie prymatu papieża jest równoznaczne z uznaniem władzy cesarza i wejściem w skład Rzeszy”. Sugerując, że nawet po domniemanym chrzcie Litwa nie może  funkcjonować jako odrębny podmiot polityczny, a musi stać się kolejną prowincją Rzeszy, Falkenberg stawał się rzecznikiem pewnej ideologii imperialnej i dorzucał swoją żagiew do starego średniowiecznego sporu o prymat między władzą papieską i cesarską. W omawianym kontekście bardziej interesuje nas niemniej trzeci filar jego teorii, który przemawiać miał za prawomyślnością aktualnego wówczas krzyżackiego stanowiska. Otóż chrześcijanie nie mogli sprzymierzać się z poganami – a tym bardziej haniebne było to jeżeli przymierze te zawierano przeciw współbraciom w wierze.

Ostatni zarzut był wymierzony bezpośrednio w Polskę i króla Polskiego. Zgodnie z tą narracją, podczas gdy Zakon Krzyżacki i wspomagający go sojusznicy reprezentowali pod Grunwaldem chrześcijaństwo i najlepsze tradycje cywilizacji łacińskiej, to Polacy mieniący się katolikami wymierzyli przeciw nim miecze nie tylko idąc ramię w ramię z Litwinami, ale i w sojuszu z pogańskimi Żmudzinami i Tatarami oraz schizmatykami: czeskimi husytami i Rusinami. Polacy wykorzystali więc przeciwko Krzyżakom wojska pogańskie i niekatolickie, stawiając się poza nawiasem rzymskokatolickiej Europy. Konsekwencję tę w szczególności uwypuklał w swych pismach Falkenberg, który sugerował, że chrzest Władysława Jagiełły i Litwy był w rzeczywistości pozorny. Komentując wnioski płynące z falkenbergowskiej „Satyry…” Stanisław Wielgus napisze: „Z nienawiścią i pogardą przedstawiał króla polskiego Władysława Jagiełłę i Polaków, jako dzikich kryptopogan zasługujących na wytępienie”.

Zakon Krzyżacki dbał o to, aby poglądy o tej treści oplotły Europę; na kampanię dyskredytującą Jagiełłę i przedstawiającą siebie jako dotkniętą agresją ofiarę przeznaczał tysiące guldenów. I początkowo odnosił w tej materii wiele sukcesów. Mnich z Saint-Denis, oficjalny historyk dworu francuskiego komentując wydarzenia spod Grunwaldu pisze o starciu między chrześcijanami i poganami, a także ich obrońcami. Pióro tego kronikarza odmalowuje krzyżackich oponentów „jako „Turków” a Litwinów jako „saracenów”. Wyprzęgnięci spoza wspólnoty moralnej i wtłoczeni w kategorię „wroga”, które uosabiało tureckie zagrożenie na południu, zarówno Polacy jak i Litwini mogli stać się celem uprawnionego ataku. Hasła te stały się wyjątkowo nośne, a najlepszą tego ilustracją jest reakcja francuskiego filozofa Pierre’a d’Ailly, który początkowo apelował do rycerzy Flandrii i Francji o zorganizowanie krucjaty przeciwko Polsce w obronie osaczonych Krzyżaków. Wychodząc przed szereg Falkenberg wzywał wręcz do unicestwienia Polaków. Zakon Krzyżacki, ostrożniejszy na tym polu, głosił potrzebę podtrzymania idei krucjatowej w północno-wschodniej Europie przedstawiając chociażby Żmudzinów jako pogan, którzy zasłużyli na to by podzielić losy swych pruskich sąsiadów. I jak na ironię mógł zdobyć ku temu istotny pretekst. Żmudzini nękani przez najazdy krzyżackie zagrozili, że jeżeli świat Zachodu nie dotrzyma przyrzeczenia o ochronie, to będą musieli celem samo zachowania poddać się Tatarom sprawującym wówczas rządy w Moskwie.

Przez cały okres po lipcowej bitwie 1410 roku także strona polska nie pozostawała bierna w wysiłkach propagowania pomyślnej dla siebie interpretacji wydarzeń spod Grunwaldu. Pisano w tej materii liczne memoriały i relacje, lecz najpilniejszą stała się potrzeba rzeczowej odpowiedzi na zarzuty wysuwane przez Krzyżaków – grożące potępieniem na zbliżającym się Soborze w Konstancji. Szczególnie istotne okazały się w tej materii tezy prawnicze przygotowane przez krakowską szkołę prawniczą. Wyprzedzająca w dużej mierze swoje czasy polska teoria narodów, z którą nieodłącznie wiążą się nazwiska Pawła Włodkowica, Jakuba z Korzkwi oraz Stanisława z Skarbimierza, stała się wykładnią polskiej argumentacji i stanowiska w tym sporze.

Najistotniejszą rolę po stronie polskiej odegrał w nim zdecydowanie Paweł Włodkowic. Związany przez swoje całe życie ze środowiskiem naukowym z Krakowa, Pragi i Padwy, a także środowiskiem kościelnym, nie był wśród swych europejskich odpowiedników osobą anonimową. Przygotowany przez niego system i jego wykładnia były owocem pracy większego zespołu, towarzyszącemu  jego wysiłkom. Poselstwo polskie wyruszało do Konstancji nie tylko z nowatorskim spojrzeniem na stosunki międzynarodowe, ale i z szeroką bazą źródłową. By uprawomocnić swoje stanowisko Włodkowic odwoływał się zarówno do Biblii i dzieł ojców kościoła, do dzieł filozoficznych współczesnych mu i starożytnych, do historycznych kanonów prawnych, jak i prawa zwyczajowego.

Humanistyczny wydźwięk filozofii Włodkowica opierał się na przekonaniu o wrodzonej godności człowieka i wolnej woli jaka determinuje jego działanie w świecie rzeczywistym. Koncepcja jego nie odwoływała się do świeckiej emancypacji człowieka, a na przywołaniu i analizie podstawowych przymiotów nadanych człowiekowi w przekazie biblijnym przez Boga. Wolna wola jaką kieruje się każdy człowiek wynika z nadania bożego. Słusznie dzieje się jeżeli kieruje się on w stronę dzieła stwórczego, głosił, lecz proces ten wynikać winien z jego nieprzymuszonej woli własnej. Zasadę tę rozszerzał Włodkowic z człowieka na całe narody. Każdy naród ma prawo do życia według własnych norm i zasad, a także „prawo bronienia się przed gwałtem i siłą – na drodze prawnej – ale także dla odparcia napadu”. Dla podtrzymania tej tezy Włodkowic powoływał się na Dekret Gracjana. Wszelkie spory między państwami powinny być rozstrzygane na drodze sądowej, a wojna, jeżeli już do niej dochodzi, jej słuszność, mogą być rozpatrywane tylko według koncepcji wojny sprawiedliwej. „Bóg stworzył świat, każe słońcu wschodzić i deszczowi padać i dla dobrych, i dla złych” – pisze w innym miejscu; nie można więc przekonywać innych do swych racji inaczej jak tylko na drodze miłości i cierpliwości. Każdy naród i człowiek, nawet ten „co nie zna Boga” posiada naczelne prawo do życia, do ziemi, do własnych wierzeń. Polski jurysta skutecznie wyzyskał również na poczet swojej argumentacji naukę papieża Innocentego IV, który głosił, że „świat stworzony został przez Boga dla wszystkich ludzi i że Chrystus umarł na krzyżu za każdego człowieka, nie tylko chrześcijanina” (przyp. aut.  –  co nie przeszkadzało temuż papieżowi wydać bullę zezwalającą na stosowanie tortur wobec osób podejrzanych o herezję).

Włodkowic odwołując się bezpośrednio do nakazów wiary podważa paradygmat towarzyszący ideologii militarnego chrześcijaństwa, uderza zarazem bezpośrednio w koncepcję rycerzy korzystających z oręża celem zaprowadzenia porządku chrześcijańskiego na świecie. „Wiara jest cnotą teologiczną, dlatego szerzenie jej należy do teologów, a nie do wojowników” – mówił gdzie indziej trzęsąc w posadach statutem założycielskim Zakonu Krzyżackiego. W 1424 roku prokurator krzyżacki pisał, że Włodkowic może być niebezpieczny dla zakonu – od czasu otwarcia i zamknięcia Soboru w Konstancji stanowisko Krzyżaków stało się tak niepopularne w kręgach naukowych i kościelnych, że mógł mu grozić los Templariuszy. I rzeczywiście, w latach obrad nad sporem polsko-krzyżackim opinie decyzyjnych środowisk zaczęły przychylać się w stronę argumentacji poselstwa polskiego. Stanowisko Włodkowica poparł jego niegdysiejszy nauczyciel Francesco Zabarella – wcześniej zdeklarowany zwolennik tez Enrico Segusio. Podobnie stało się z Pierre’m d’Ailly, który początkowo zwiedziony przez propagandę krzyżacką, zmienił swą postawę prawie o 180 stopni. Bieg wypadków stał się na tyle niekorzystny dla samego Falkenberga, że jego Satyra została potępiona a główna konkluzja pracy była podejrzewana o herezję.

Nie znajdując w naszych rozważaniach miejsca na opis dokładniejszego biegu dalszych wypadków wokół tego procesu, należy podkreślić, że mimo apelacji strony krzyżackiej argumentacja poselstwa polskiego została zaakceptowana jako prawomyślna, a stawiane zarzuty oddalone. Uwięziony Falkenberg odzyskał wkrótce wolność uzyskawszy 10 lat od rozpoczęcia soboru w Konstancji przebaczenie u samego Władysława Jagiełły, wobec którego zastosowanie aktu tyranobójstwa przedstawiał wcześniej jako czyn chwalebny i zasługujący na wywyższenie.

Tezy Pawła Włodkowica stanowiące wykładnię pod tzw. polską teorię prawa narodów zdały wówczas swoje dziejowe zadanie. Do tej pory herezja i odstępstwo od wiary prowadziło prostą drogą do spalenia ksiąg, synodalnego napiętnowania lub separacji od świata – poprzez zamknięcie w celi lub dosłownie ze świata tego wyproszenie za pośrednictwem kary śmierci. Pozostawanie poza polityczno-religijnym kręgiem Europy Łacińskiej narażało ludzi jak i całe społeczności, plemiona i narody znajdujące się poza tak rozumianą wspólnotą, na potępienie, podbój, na wariant twardej asymilacji i ludobójstwo kulturowe, a nawet fizyczne zatarcie i rozproszenie. Bolesnym tego świadectwem w dziejach Europy pozostaje los ludów zamieszkujących w średniowieczu obszary między Wisłą a Niemnem, jak również dzieje Słowian Połabskich. Polscy filozofowie i prawnicy dając na początku XV wieku skuteczny odpór kampanii propagandowej odwołującej się do starego modelu piętnowania, z jednej strony obronili fizyczne zwycięstwo spod Grunwaldu  i uprawomocnili politykę Polski wobec jej wschodnich sąsiadów w ówczesnej Europie. Z drugiej zaś strony oddalając cień wypraw krzyżowych wobec Żmudzinów i Litwinów zapewnili im prawną protekcję, której tak bardzo zabrakło wcześniej ich pruskim i jaćwieskim sąsiadom. Ludzie tacy jak Paweł Włodkowic i Stanisław ze Skarbimierza zrywając z dominującą propagandą towarzyszącą wyprawom krzyżowym przekonali sobie współczesne klerykalno-świeckie gremium, że partnerstwo z grupami zaliczanymi do schizmatyków i pogan na łonie Europy jest możliwe; jeśli zaś koegzystencja z nimi nie jest z jakiś powodów pożądana, jeszcze bardziej karygodne pozostaje stosowanie wobec nich represji, prowadzenie wojen podjazdowych i odmawianie podstawowych praw ludzkich wynikających z samej idei stworzenia. Natomiast gdy z jakiś powodów dochodzi do konfliktu zbrojnego, to musi być on sprzężony z zasadami wojny sprawiedliwej i wojny obronnej.

Teorie Włodkowica stanowiły wyjątkowy postęp wobec ideologii personalizowanej symbolicznie przez Enrico Segusio. Różnica o której mówimy przypomina dystans jaki dzielił w Starożytnej Grecji zapatrywania Hippiasza i Arystotelesa na temat miejsca i natury niewolnictwa. Gdyby casus polsko-krzyżacki i zwycięskie wnioski uosabiane przez Włodkowica weszły by do stałego kanonu prawa europejskiego i stałyby się cezurą postępowania wobec krajów i ziem zamorskich z dużym prawdopodobieństwem europejskie podboje w obu Amerykach, sto lat później, potoczyłyby się mniej paternalistycznymi drogami, z większą oszczędnością życia i większym respektem wobec miejscowych instytucji. Podobnie jednak jak tezy Hippiasza przed tysiącleciami na łonie społeczeństw greckich wydawały się głosem wołającego na puszczy, tak i morały Włodkowica nie wpłynęły w następnych dziesięcioleciach na prawo europejskie i stosowaną moralistykę; kilka wieków później hiszpańscy prawnicy i łacińscy kanoniści wciąż zastanawiali się czy odmienny nieco morfologicznie człowiek z „mglistą świadomością co do istoty boga” rzeczywiście zasługuje na miano człowieka, a jeśli już, to „czy można nazwać go człowiekiem dojrzałym równym i bliskim nam” ze wszystkimi tego konsekwencjami. Kolejne europejskie monarchie angażujące się w kolonizacje Ameryki naruszały więc przyrodzoną godność tamtejszych populacji, podważały ich prawo do posiadania ziemi, legitymizowały siłowe nawracanie, na wszelki opór i brak uległości odpowiadając brutalną przemocą.

Dlaczego cały system prawny i etyczny Włodkowica i innych polskich teoretyków tego okresu, mimo, że spisany w łacinie i zaaprobowany przez najważniejsze w ówczesnej Europie gremium, nie odcisnął głębszego piętna na stosowaną w kolejnych dekadach praktykę, dlaczego nie doczekał się w późniejszym okresie równorzędnej klasyfikacji z młodszymi chronologicznie teoriami praw narodów jakie powstały na Zachodzie? Odpowiadając na te pytanie ponownie zwrócimy swój wzrok w stronę pracy Stanisława Wielgusa, który wymienia trzy istotne powody. Po pierwsze, opisywany problem łączono ściśle z przypadkiem polsko-krzyżackim. Po soborze w Konstancji, a zwłaszcza zawarciu pokoju w Toruniu w 1466 roku, zainteresowanie wszystkim co się z tą kwestią wiązało zmalało a dokumentacja procesowa, w tym dokumenty i traktaty, uległy zapomnieniu. Po drugie, zarówno pisma Pawła Włodkowica i Stanisława ze Skarbimierza nie zostały zawczasu wydane drukiem, przez co ich intelektualne oddziaływanie na współczesnych im nie mogło osiągnąć optymalnej siły rażenia. Jako trzeci powód Wielgus przytacza „dość powszechne wśród zachodnich autorów, traktowanie terenów położonych na wschód od Niemiec jako intelektualnej pustyni”, ale jak sam zauważa, dokonania jurystów z Krakowa nie cieszyły się nawet dostatecznym zainteresowaniem w XV-wiecznej Polsce i w wiekach następnych [2].

Trudno nie zgodzić się z trzema wskazaniami Wielgusa. Na Soborze w Konstancji tolerancyjne hasła zawarte w teorii Włodkowica rzeczywiście łączono ze sprawą polsko-krzyżacką i nie doszukiwano się poza tym w nich uniwersalnego charakteru. Był to w istocie jurydyczny precedens, a spalenie na stosie podczas tego samego soboru Jana Husa przypomina, że nie mieliśmy w tych latach do czynienia w Europie z powszechną odwilżą światopoglądową. Także strona polska wzmacniała podczas procesu swój przekaz przedstawiając na soborze grupę ochrzczonych Żmudzinów – potwierdzała tym samym, że spór nie toczy się o prawa złowrogich pogan, ale lud perspektywistyczny, który nieprzymuszony, dobrowolnie obraca wzrok ku łonu kościoła rzymskokatolickiego. Za pośrednictwem takich obrazów przekonywano trybunał i poszczególnych komisarzy soborowych, że koncyliacyjna polityka Jagiełły w północno-wschodniej Europie skuteczniejsza jest niż siłowa strategia reprezentowana przez Krzyżaków. Z tej zależności wyłania nam się czwarty istotny powód, dla których tezy Włodkowica nie mogły, jakbyśmy powiedzieli, poprzez samo swe pedagogiczne promieniowanie uratować Nowego Świata po dopłynięciu Krzysztofa Kolumba do brzegów Ameryki.

Otóż zarówno na początku XV i XVI wieku hasła zawarte w teorii Włodkowica nie były kodem kulturowym Zachodu, który wytyczałby średnią linię postępowania poszczególnych klas jego mieszkańców. Aby argumentacja krakowskich jurystów mogła zwyciężyć na Soborze, musiał się za nią ująć równorzędny podmiot uznawany za stronę w sporze. Takim podmiotem było Królestwo Polskie. Tylko taki dostrzegalny i silny podmiot mógł na forum soborowym firmować określone rozwiązania i skutecznie je przeforsowywać. Bez tego parawanu Litwini odmalowywani przez prokrzyżackich skrybów jako „saraceni” mogliby zostać łatwiej ukazani za równie mało wiarygodnych jak wcześniej ich pruscy sąsiedzi. Przez cały okres kolonizacji Ameryki trudno doszukiwać się tak trwałych i jednoznacznych sojuszy między europejskimi i tubylczymi państwami, w których te pierwsze broniły by dobrostanu i instytucji Pierwszych Amerykanów. Sojusze, czasami nawet długotrwałe, zawierano, ale były one podyktowane długookresowymi interesami korony lub podlegających im faktorii. Trudno natomiast znaleźć równie klarowne przykłady, w których europejskie państwo stawałoby się bezprzykładnym obrońcą swego amerykańskiego odpowiednika przed zakusami innego europejskiego podmiotu. Takie hamulce praktycznie nie istniały, a europejscy monarchowie wkładali o wiele więcej wysiłków w wykrojenie dla siebie jak największego tortu w Nowym Świecie, niż w jurydyczną refleksję nad prawomocnością europejskiej hegemonii w obu Amerykach. Kolonizacja Ameryki zna postacie, które podnosiły humanizujące hasła wobec dokonujących się podbojów i okrucieństw. Ludzie pokroju Bartolomeo Las Casasa nie posiadali jednak wystarczającej protekcji swoich monarchów – walczyli z powszechną ignorancją by po latach doczekać się ograniczonych reform, a za ich działaniami kryło się nikłe poparcie decydentów. Nie osiągali więc nigdy tej samej skuteczności, którą cieszył się Włodkowic działający w zupełnie innych warunkach oraz na innym gruncie [3].

Istniało więc szereg przeszkód natury prawnej i mentalnej, które uniemożliwiały skuteczne promieniowanie teorii krakowskich jurystów, uznanej na Soborze Konstancji, w przyszłych dekadach. Gdy więc w 1494 roku Hiszpanie i Portugalczycy podpisują Traktat w Tordesilas i w następnych latach kolonizacja europejska w Ameryce nabiera rumieńców, nad spektaklem tym nie unosi się już duch Włodkowica. Europejczycy w imię zdobyczy terytorialnych i surowcowych, często z imieniem bożym na ustach w latach podboju Ameryki realizowali tam dzieła bliższe zdecydowanie programowi Falkenberga i tezom de Segusio. „Sądzimy, że Hiszpanie postępują w ten sposób, żebyśmy przepadli, sczeźli i żeby żadne wspomnienie po nas nie pozostało na tej ziemi” – mówili odchodzący przedstawiciele azteckiego rządu. W czasie Drugiego Powstania Pruskiego, Herkus Monte, wódz Natangów, zostaje pochwycony i powieszony na drzewie. Oprawcy pierś jego przebili mieczem, co miało okryć go nie sławą. Także on miał być skazany na zapomnienie.

Z tych pomroków dziejów, nie przynoszących chluby naszemu rodzajowi, wyłaniają się jednak i przykłady wspaniałe zaburzające chronologię wypadków i dominujące preferencje swoich czasów. W Ameryce w toku podboju i destrukcji rdzennych społeczności i ich instytucji wyłaniają się jednostki wyprzedzające swoje czasy, takie jak Montesinos i Las Casas, które potępiają przemoc i okrucieństwa, domagając się fundamentalnych zmian w podejściu do Indian. Pojawia się Gonzalo Guerrero – zaprzeczenie konkwistadora walczącego z Indianami. Po katastrofie morskiej wyprawy Valvidii trafia na łono społeczności jukatańskich Majów, ulega asymilacji a następnie gdy Hiszpanie przystępują do podboju jego nowej ojczyzny walczy ręka w rękę z Majami, ginąc na polu walki z hiszpańskimi najeźdźcami. 250 lat wcześniej nie wszyscy Krzyżacy pochwalają krucjatę przeciw pruskim ludom. Bracia zakonni, Henryk i Gerard unikając rozlewu krwi otwierają w czasie Drugiego Powstania Pruskiego przed Herkusem Monte kilka grodów bez walki. Za ten czyn uznani później za zdrajców przez Krzyżaków obydwaj zostali pochwyceni, oślepieni i spaleni na stosie w Elblągu. Ludziom takim jak oni, przełamującym mury konformizmu w czasach gdy wiedzie on ludy na zatracenie, dedykowana jest ta praca.

Autor: Damian Żuchowski
Artykuł ukazał się również na WolneMedia.net

PRZYPISY:

[1] Wezwania o pomoc w walce z „niewiernymi” jak to zwykle bywa przy bliższej analizie sieci interesów, nie wynikała z konsekwencji ideologicznej książąt polskich, ale długoterminowych interesów. Wołając o pomoc w walce z Prusami Konrad Mazowiecki nie miał najmniejszych skrupułów by  później zjednoczyć się z pogańskimi Jaćwingami w swojej kampanii przeciw Małopolsce.

[2] Mimo, że teoria Włodkowica nie przesiąkła do zachodniej Europy, jej duch i zasady przysłużyły się budowie ówczesnej Rzeczypospolitej, która w kolejnych wiekach wyróżniała się na tle Europy wyjątkową tolerancją polityczną i religijną. Jeszcze przed śmiercią Włodkowica prawo polskie rozciągnięto na całą szlachtę Rusi Czerwonej. Odtąd jak słusznie zauważa Karol Górski „przyznano prawosławnym prawo dostępu do urzędów i udziału w sejmikach, sejmach i Radzie Królewskiej”. W tym samym roku 1434  „zrównano wyznawców Kościoła wschodniego na Litwie z katolikami w zakresie dostępu do urzędów i godności”. A działo się to w czasach, w których podobne ruchy w zachodniej Europie były nie do pomyślenia, a teologowie polscy powątpiewali w ważność chrztu udzielanego przez kapłanów wschodnich, z wzajemnością zresztą. Politykę tolerancji realizowano również w stosunku do czeskich husytów. Przez większą część XVI i XVII wieku Rzeczpospolita korzystając z tolerancyjnych fundamentów w życiu społeczno-politycznym wyłożonych najpełniej przez pokolenie Włodkowica unikała wielkich wstrząsów wewnętrznych i  krwawych wojen domowych toczonych pod sztandarami reformacji i kontrreformacji w Europie Zachodniej w XVI i XVII wieku.

[3] W XVI wieku ważne wystąpienia w obronie Indian, jak pełna poświęcenia kampania Bartolomeo Las Casasa, prowadzone są w imię walki z okrucieństwem i przemocą. Las Casas domaga się uznania człowieczeństwa Pierwszych Amerykanów, potępia dekulturację Indian i bezprzykładny zabór ich ziem. Niektóre z jego wystąpień przyczyniają się do złagodzenia pewnych form ucisku wobec Indian w hiszpańskiej Ameryce. Nie może być jednak mowy ani o pełnej humanizacji Indianina, ani o uszanowaniu w tamtym czasie jego suwerenności. Trudno odnotować również w ówczesnej Europie jednomyślną współpracę nakierowaną na ten sam cel na linii obrońca praw narodów/ludzi – państwo/instytucje państwa – nie dostrzegamy synergii właściwej  ideałom Włodkowica i interesom korony polskiej na początku XV wieku. W przypadku kolonizacji Nowego Świata nieliczni ludzie walczący z nadużyciami, tacy jak La Casas częściej muszą doszukiwać się uwagi kół decyzyjnych w swoim kraju, latami zmagać się z ignorancją wysokich urzędników,  hasła przez nich głoszone nie stają się filarami programów politycznych monarchii, którym podlegają.

BIBLIOGRAFIA:

1. Aleksander Bruckner, „Starożytna Litwa. Ludy i Bogi”, przeł. Jan Jaskanis, Wydawnictwo Pojezierze, Olsztyn 1984.

2. Jean-Marie Gustave Le Clézio, “Meksykański sen albo przerwana myśl indiańskiej Ameryki”, przeł. Zofia Kozimor, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2010.

3. Bartolomé de Las Casas, „Krótka relacja o wyniszczeniu Indian”, przeł. Krystyna Niklewiczówna, Poznań 1988.

4. Stanisław Wielgus, „Paweł Włodkowic”, http://www.ptta.pl/pef/pdf/p/pawelw.pdf.

5. Karol Górski, „Nowa praca o Falkenberga”, Komunikaty Mazursko-Warmińskie nr. 4, 561-569, Olsztyn 1976.

6. Michał Bizoń, „Wojna sprawiedliwa w myśli Pawła Włodkowica”, Pressje, Teka 16, Kraków 2009 http://pressje.pl/teki/sprawiedliwosc.

7. „Walka dyplomatyczna i ostatnie boje Jagiełły z krzyżakami”, Stowarzyszenie Historyczno Kulturalne „Bractwo Rycerskie Komturii Nidzickiej”, http://www.rycerze.org/krzyzacy/31-walka-dyplomatyczna-i-ostatnie-boje-jagielly-z-krzyzakami.

8. „Powstania pruskie i ostateczny podbój Prus i Jaćwieży”, Stowarzyszenie Historyczno Kulturalne „Bractwo Rycerskie Komturii Nidzickiej”, http://www.rycerze.org/krzyzacy/21-powstania-pruskie-i-ostateczny-podboj-prus-i-jacwiezy.

9. „Natangia- dawne państewko na terenie Warmii i Mazur” http://poselska.nazwa.pl/wieczorna2/historia-nowozytna/natangia-dawne-panstewko-na-terenie-warmii-i-mazur.

10. „Zniewolenie Prusów”, http://prusowie.pl/historia/zniewolenie.php.

Opublikowano Ameryka Północna, Ameryka Południowa, Ameryka Środkowa i Karaiby, Europa, Polska, Prawa Człowieka, Wojna i Przemoc | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Rząd Etiopii kryminalizuje na podstawie ustawy antyterrorystycznej

Rok po aresztowaniu, 15 marca 2015 roku trzech działaczy społecznych z Etiopii pracujących na rzecz bezpieczeństwa żywnościowego, praw do ziemi i praw człowieka nadal jest przetrzymywanych w więzieniu. Po kilku rozprawach sądowych prokuraturze nie udało się jeszcze przedstawić żadnych dowodów na poparcie fałszywych oskarżeń o „terroryzm” zgłoszonych na podstawie kontrowersyjnej ustawy antyterrorystycznej obowiązującej w Etiopii. 15 marca 2015 roku pastor Omot Agwa Okwoy i jego sześcioro współpracowników zatrzymano na lotnisku Bole w Addis Abebie w trakcie ich podróży na warsztaty bezpieczeństwa żywnościowego, które odbyły się w Nairobi, w stolicy sąsiedniej Kenii, przy współpracy takich organizacji jak Bread for All, GRAIN i Anywaa Survival Organisation. Siedmiu mężczyzn aresztowano i zabrano do osławionego komisariatu Maekelawi, gdzie tortury są na porządku dziennym.


Czterech spośród zatrzymanych wkrótce wypuszczono, ale trzech pozostałych, Omota Agwę, Ashinie Astina oraz Jamala Oumara Hojele przetrzymywano przez następne sześć miesięcy bez żadnego oskarżenia, by 7 września 2015 roku postawić im zarzuty na podstawie drakońskiej ustawy antyterrorystycznej. Według Anuradha Mittala, dyrektora wykonawczego Instytutu Oakland, ustawa antyterrorystyczna w Etiopii jest narzędziem służącym do uciszania krytyków: „Penalizuje ona podstawowe prawa człowieka, takie jak wolność słowa i zgromadzeń; jej definicja aktu terrorystycznego nie jest zgodna z międzynarodowymi standardami. Definiuje terroryzm w niezwykle szeroki i niejasny sposób, zapewniając partii rządzącej żelazną pięścią karanie za słowa i czyny, które byłyby legalne w demokracji”.

Na przestrzeni ostatnich lat etiopski rząd represjonował dziennikarzy, blogerów, działaczy, członków opozycji politycznej, studentów, a także ludność tubylczą w stopniu, który osiągnął rozmiary kryzysu. Na południu i południowym-zachodzie kraju etiopski rząd przeprowadził zakrojoną na szeroką skalę kampanię wywłaszczania rdzennych mieszkańców z ich wiosek i ziemi w regionach Doliny Omo i Gambella, stosując przy tym strategię aresztowań, palenia wiosek, zastraszania, a nawet punktowych zabójstw. Ziemie odbierane autochtonom wydzierżawiano następnie międzynarodowym i krajowym inwestorom, które po usunięciu ludności tubylczej, jej wiosek, pól i bydła, miały utworzyć sieć wielkich plantacji przemysłowych. Łamanie praw człowieka w odległych obszarach Etiopii zostało nagłośnione przez takie choćby organizacje jak Survival International, Anywaa Survival Organisation i Human Rights Watch. W ostateczności Bank Światowy, który udzielał szerokiego wsparcia dla niektórych spośród tych przedsięwzięć został zmuszony do prześwietlenia stopnia swojej odpowiedzialności społecznej w tym zakresie. W 2013 roku Panel Inspekcyjny Banku Światowego udokumentował powszechne łamanie praw człowieka, którego dopuszczano się podczas programu znanego pod oględnym terminem „osadnictwa wiejskiego”, a także podczas wielkoskalowych projektów rolniczych w Gambella. Wnioski, których ukryciem zainteresowany był rząd Wielkiej Brytanii w końcu zostały upublicznione. Wnet stało się oczywiste, to co można było łatwo potwierdzić na podstawie innych źródeł. Szybki wzrost gospodarczy Etiopii dokonywał się kosztem zwiększania represji i erozji swobód obywatelskich. Chociaż etiopska gospodarka jest komplementowana jako „lew Afryki”, nowe bogactwo kraju zostało rozparcelowane pośród nielicznych, a wielu innym zaczęto odbierać to, co posiadali od pokoleń.

Ludzie tacy jak Agwa Okwoy, Astin i Oumar Hojele, ośmielający się krytykować obowiązujący model rozwoju, wspierany przez zagraniczne rządy i międzynarodowe instytucje finansowe, stali się nadzwyczaj niewygodni; są wyciszani i karani. Zarzuty stawiane wobec zatrzymanych dotyczą ich rzekomej aktywności w Gambela Peoples Liberation Movement (GPLM), chociaż nie mają oni powiązań z GPLM i nie ma dowodów pozwalających na łączenie ich z tą organizacją. Wszyscy oni są natomiast związani z wysiłkami Anuaków i innych plemion w Etiopii, które walczą z próbami przejmowania ich ziem przez rząd w Addis Abebie, a także inwestycjami rolnymi na wielką skalę.

Ashinie Astin pochodzi z grupy etnicznej Majang, zasiadał w radzie regionalnej Gambela, obszaru położonego w południowo-zachodniej Etiopii. Jamal Oumar pracuje dla Assossa Environmental Protection, organizacji pozarządowej promującej ochronę środowiska i praw rdzennych mieszkańców. Omot Agwa Okwoy jest pastorem ewangelickim, który pracował jako tłumacz dla Panelu Inspekcyjnego Banku Światowego w 2014 roku, w trakcie gdy ten badał skargę wniesioną przez członków ludu Anuak. Dzięki pośrednictwu Omota Agwy Okwoya przedstawiciele organu inspekcyjnego banku dowiedzieli się o przemocy, gwałtach i egzekucjach jakich dopuszczali się etiopscy żołnierze w ramach masowych wywłaszczeń i łamania praw człowieka towarzyszącym projektom wspieranym przez Bank Światowy. Zaangażowanie te było początkiem trwających kłopotów ewangelickiego pastora. Wkrótce zaczął odbierać pogróżki, a w marcu następnego roku został zatrzymany.

Omotowi grozi teraz nawet 20 lat pozbawienia wolności za rzekomą przynależność do długo nieaktywnej grupy wpisanej przez etiopski parlament na listę organizacji terrorystycznych. Astin jest oskarżony o przygotowanie prezentacji pod wymownym tytułem “Wylesianie, wywłaszczanie i przesiedlenia w Gambela…”. Działacze praw człowieka i ochrony środowiska dołączyli do długiej listy represjonowanych w Etiopii, w zeszłym roku poszerzonej o ofiary brutalnych zajść na ziemiach ludu Oromo, którego protest na przestrzeni ostatniego półrocza  kosztował, według Human Rights Watchs, życie ponad 200 oromskich oponentów.

Opracowanie: Damian Żuchowski
Na podstawie: hrw.org, aljazeera.com, oaklandinstitute.org

Artykuł ukazał się także na WolneMedia.net

Opublikowano Afryka, Okupacja, Prawa Człowieka | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Haiti: Korporacjokracja czy suwerenność żywnościowa?

HAITI 212 stycznia 2016 roku w szóstą rocznicę katastrofalnego     trzęsienia ziemi Haitańczycy opłakiwali 200 tysięcy        utraconych wówczas istnień ludzkich. Ślady tej tragedii nie zatarły się ani w pamięci ludzkiej, ani w życiu gospodarczym i politycznym kraju. Jean-Pierre Ricot w opublikowanym w ostatnich dniach artykule „The Blood of the Earth: Agriculture, Land Rights, and Haitian History” wymienia zawirowania ekonomiczne, środowiskowe i polityczne „wśród wielu wstrząsów wtórnych”, które wciąż nawiedzają Haiti. Tuż po trzęsieniu ziemi w 2010 roku głośno było o konieczności międzynarodowej solidarności z Haiti, o potrzebie inicjatywy, która umożliwi wydźwignięcie tego karaibskiego kraju z zapaści, w jakiej znalazł się po dekadach nieodpowiedzialnej polityki i trwających pod różnymi postaciami mechanizmów polityki neokolonialnej. Zamiast tego Haitańczycy doświadczyli epidemii cholery, a także kontynuacji modelu rozwoju, który służy nielicznym, drenując z ziemi i środków, te społeczności, które pozostawały stosunkowo samowystarczalne.

W tej sytuacji atmosfera na Haiti przypomina sypki proch do którego wystarczy dołożyć ogień by nastąpiła eksplozja. Jednym z objawów pogłębiającego się kryzysu politycznego jest niemożność przeprowadzenia drugiej rundy wyborów prezydenckich – wyborów  jawiących się dla wielu Haitańczyków jako farsa, której przyglądać się mogą jedynie za szklanej szyby.

Na 24 stycznia 2016 roku wyznaczono kolejny termin w którym miano przeprowadzić opóźnione wybory. Zaledwie dwa dni przed głosowaniem, z obawy przed eskalacją przemocy wycofano się z tej deklaracji. W piątek prezes tymczasowej rady wyborczej, Pierre-Louis Opont ogłosił na konferencji prasowej odroczenie procesu wyborczego z powodu „zbyt dużej przemocy w całym kraju”. W okresie bezpośrednio poprzedzającym tę decyzję odnotowano wiele ataków na lokale wyborcze, spośród których niektóre zostały spalone, a inne okradziono z kart wyborczych. Obecny rząd nie przedstawił nowego terminu głosowania. Nie zapowiedziano również, czy rząd tymczasowy przejmie władzę po 7 lutym, kiedy na mocy Konstytucji upłynie termin sprawowania urzędu przez obecnego prezydenta, Michela Martelly’ego. Legaliści oczekiwali, że Martelly rozwiąże ten problem w swoim orędziu do narodu zaplanowanym na piątkowy wieczór. Tuż przed godziną zero odwołał on jednak swoje wystąpienie, po tym jak tysiące demonstrantów wzniosło płonące barykady, rozbiło okna samochodów i obrzuciło kamieniami policję w stolicy kraju, Port-au-Prince.

Przeciwnicy obecnego rządu podkreślają, że pierwsza runda wyborów prezydenckich z dnia 28 października 2015 roku obfitowała w masowe oszustwa, dokonane na korzyść jednego z kandydatów, biznesmena Jovenela Moisego, o głosowanie na którego zaapelował sam Martelly, namaszczając go w tym geście na swojego następcę. Głosowanie przełożono początkowo na 27 grudnia, a następnie 24 stycznia, po ostatniej decyzji pat trwa nadal. Przysłowiowej oliwy do ognia dolał w ostatnich dniach stycznia kontrkandydat, Moisego, również biznesmen, Jude Celestin, który ogłosił, że bojkotuje wybory, chociaż jego nazwisko pozostało na karcie wyborczej.

Im bliżej wyznaczonego terminu głosowania, tym protesty stawały się coraz bardziej brutalne. Na ich uśmierzenie nie miały wpływu ani haitańska policja, ani stacjonujące w kraju siły pokojowe ONZ, które pozostają na Haiti od obalenia w 2004 roku ówczesnego prezydenta Jeana-Bertranda Aristide’a. Ten były ksiądz naraził się międzynarodowym korporacjom nałożeniem większych zobowiązań finansowych na zagraniczny sektor biznesowy. Na mobilizacje bojówek, które wywołały powstanie i obaliły Aristide’a – który mimo pewnych wad osobistych zdradzał symptomy woli emancypacji ludu haitańskiego – nie trzeba było długo czekać. Od tamtego czasu kryzys na Haiti trwa bezustannie.

Jego symbolem stały się ostatnio płonące szkoły w różnych miejscowościach; w ich murach ulokowano lokale wyborcze, podpalane, jak podkreślił przewodniczący Opont, przez uzbrojonych bandytów. Po komunikacie obwieszczającym ponowne przełożenie wyborów grupa młodych mężczyzn w Port-au-Prince podążyła do Petionville, dzielnicy na wzgórzu zamieszkanej – pod względem materialnym – przez najzamożniejszych obywateli Haiti. Wkrótce posypały się szyby, a kordon policyjny obrzucono kamieniami. Celestin w rozmowie z przedstawicielem agencji Associated Press powiedział, że Haiti „zmierza w kierunku selekcji, a nie wyborów”, dodając, że administracja Stanów Zjednoczonych oraz inne zagraniczne rządy, są współwinne wspierania wadliwego procesu politycznego. Ostatnia decyzja pozostaje niemniej zbieżna z oczekiwaniami większości stron. Senat Haiti, a także przedstawiciele grup religijnych, biznesowych oraz społeczeństwa obywatelskiego apelowali o przełożenie wyborów z powodu podejrzeń o nadużycia i zaogniającą się niestabilność. Prezydent Michel Martelly o kryzys obwinia opozycję i odcina się od oskarżeń o fałszowanie wyborów. W piątym dniu protestów, w poniedziałek 25 stycznia, manifestacje kontynuowano, ale miały już zdecydowanie mniej gwałtowny przebieg.

Zastanawiając się nad przyszłością Haiti, warto zrozumieć historyczną przeszłość tego kraju, a także przyjrzeć się bliżej kontrowersjom jakie wzbudza nowy kandydat establishmentu, Jovenel Moise.

DWIE KONCEPCJE GOSPODAROWANIA

Zdaniem Jeana-Pierre’a Ricot problem z jakim zmaga się Haiti, nie odbiega znacznie od kłopotów z jakimi borykają się mieszkańcy Ameryki Łacińskiej, Afryki oraz innych części świata. Problem ten wiąże się z dostępem do ziemi. Ricot umieszcza go w kontekście walki o przyszły model światowej gospodarki. Z jednej strony mamy niewielkie, rodzinne, względnie wspólnotowe gospodarstwa prowadzone bezpośrednio przez ich właścicieli i zorientowane coraz częściej ekologicznie. Po drugiej stronie lokuje się postępujący model produkcji rolno-przemysłowej, który zdaniem Ricot, wpisuje się w ramy „szerszego modelu produkcji kapitalistycznej, która zagraża samemu życiu”.

Warto zauważyć, że problem ten, w nieco innej skali, rzutuje od samego początku na historię Haiti i na panujące w jego granicach stosunki ekonomiczno-społeczne. Po depopulacji ludności tubylczej Hispanioli w trakcie kolonizacji hiszpańskiej, kontrolę nad wyspą przejmuje korona francuska. Moralne wątpliwości, co do praktykowania niewolnictwa zgłaszane przez króla Ludwika XIII zostają rozproszone przez arcybiskupa Jeana-Benigue Bossueta, który powołując się na Nowy Testament dowodził, że apostoł Paweł nakazał akceptację niewolnikom swego stanu. Od tamtego czasu w przeciągu nieco ponad 150 lat do francuskich kolonii z Afryki trafia ok. 1,6 mln niewolników, z czego przeważająca część, jako żywy towar wyładowywana była w Saint Domingue, kolonialnym poprzedniku współczesnego Haiti.

Wraz z wybuchem rewolucji francuskiej do zniewolonych mieszkańców Haiti, a także nie posiadających pełni praw politycznych, Mulatów, przedzierają się wieści o nowym wietrze zmian wiejącym znad Atlantyku. W 1791 roku wybucha największy, w ostatecznych skutkach, bunt niewolników w regionie, motywowanych w swym oporze dwoma głównymi ideami: wolnością i dostępem do ziemi. Dla rozbijających łańcuchy półtorawiekowego poddaństwa, czarnej ludności Haiti, obydwa wektory – wolność i dostęp do ziemi – były ze sobą bezpośrednio związane. Perła francuskiej gospodarki kolonialnej, za jaką uchodziła Saint Domingue, opinię rogu obfitości zawdzięczała skoncentrowanym, wielko powierzchniowym plantacjom produkującym na potrzeby gospodarki kolonialnej. Marzeniem przeciętnego pracownika plantacji po przecięciu pępowiny łączącej Haiti z Paryżem, było małe w pełni samowystarczalne gospodarstwo produkujące na własne potrzeby. Nowopowstałe państwo w sensie ustrojowym i społeczno-ekonomicznym nie stało się jednak unią wolnych i decydujących o sobie wyzwoleńców.

Elita generalska i żołnierska, której przywódcy stanęli na czele wojny narodowowyzwoleńczej aspirowała do przejęcia aktów własności nad dużymi obszarami ziemi i utworzenia „nowego” przekroju społeczeństwa, którego ton nadawałaby „nowa szlachta”: żołnierze-posiadacze, dominujący nad rolnikami przywiązanymi do ziemi na zasadach bliskich feudalizmowi i pracującymi nań pod silną dyscypliną. Rolnicy zbiegający z plantacji i próbujący żyć w górach na własny rachunek uchodzili za bandytów już za czasów Toussaint-Loverture. Generałowie promowali gospodarkę dużych plantacji produkujących na eksport by uzyskiwać duże dochody, nie troszcząc się o potrzeby ogółu ludności dążącej z osobna do niezależności i osiągnięcia suwerenności żywnościowej. Kontynuowany za rządów Jeana-Jacquesa Dessalinesa i Henri Christophe’a  system przyzwalał na wyzysk lokalnych społeczności i nakręcał spiralę utrzymywania ich w ubóstwie. Bunty chłopskie, jak ten pod dowództwem Jeana-Jacquesa Acauu w 1843 roku, były krwawo tłumione.

BANANOWA REPUBLIKA MOISEGO

Mając na uwadze zasygnalizowany kontekst historyczny przyjrzyjmy się bliżej burzliwej sytuacji na Haiti w okresie wyborów prezydenckich 2015/2016 podążając za treścią artykułu „Haiti’s Fraudulent Presidential Frontrunner Seizes Land for His Own Banana Republic” opublikowanego przez Joshuę Steckeya oraz Beverly Bell. Autorzy artykułu swoje wnioski opierają na wielu wywiadach bezpośrednich i telefonicznych przeprowadzonych z 20 urzędnikami państwowymi, specjalistami ds. rozwoju gospodarczego, rolnikami oraz organizatorami i przedstawicielami społeczności lokalnych. Jednocześnie próbowali nawiązać kontakt z firmą Agritrans, ale nie doczekali się odpowiedzi.

Zgodnie ze zgromadzonymi przez nich wiadomościami, kandydat na nowego prezydenta Haiti, Jovenel Moise, wywłaszczył 800 drobnych rolników, pracujących na własnej ziemi, a także zniszczył ich domy i uprawy. Przedstawiciele stowarzyszeń rolniczych z Trou-du-Nord twierdzą, że do ekspulsji doszło dwa lata temu. Niektórzy spośród usuniętych, pozostają bezdomni i bez pracy. Firma założona przez Moïsego, Agritrans, przejęła ziemię i założyła prywatną plantacje bananów.

Aby móc rozwijać rosnący eksport bananów Agritrans otrzymało co najmniej 6 milionów państwowych dolarów pożyczek, a możliwe, że znacznie więcej. By utworzyć plantację przedsiębiorstwo przejęło 1000 hektarów ziemi eksmitując rolników, niszcząc ich domy i pola. Dążąc do zdobycia poparcia, firma posunęła się do korupcji lokalnych mieszkańców i stworzyła fantomową organizację legitymizującą jej działania.

Ubiegający się o urząd prezydencki Moïse odszedł z Agritrans w 2015 roku, chociaż wciąż funkcjonuje pod pseudonimem “neg Bannann” lub “Banana Man”. Przedstawia siebie jako przedsiębiorcę zdeterminowanego by przekształcić sektor rolniczy Haiti w przedsiębiorczość prywatną. Decyzje polityczne niedoszłego jeszcze następcy Martinelly’ego, będą promowały wolny handel i przedsiębiorczość prywatną, ponad wsparciem dla ubogiej większości. Jego przeciwnicy spodziewają się, że kierowany swoimi priorytetami Moïse uruchomi proces masowego przejmowania ziemi, w toku którego mieszkańcy prowincji, w tym drobni rolnicy, będą wywłaszczani.

W sierpniu 2013 roku, według lokalnych mieszkańców, Agritrans wyrzuciło setki rolników, którzy posiadali prawo użytkowania gruntów. Lider społeczności, Milosten Castine, koordynator organizacji “Akcja zalesiania i obrony środowiska” twierdzi, że bez żadnego ostrzeżenia, kilka buldożerów wjechało na ziemię niszcząc domy, a także środki do życia siedemnastu rodzin. Po protestach zorganizowanych przez Ruch Ludowy na Rzecz Rozwoju Deverenu (MPPD) Argitrans przekazało właścicielom zniszczonych domów od 40 do 700 dolarów w ramach odszkodowania. Gilles St. Pierre, członek MPDD, który stracił betonowy blok mieszkalny, twierdzi, że rekompensata była niewystarczająca. „Co mam zrobi“ z 700 dolarami? Miałem dom i ziemię… a teraz pracuję jako taksówkarz” – powiedział w rozmowie telefonicznej z badaczami.

Plantacja Agritransu jest pierwszą rolniczą strefą wolnego handlu w kraju, założoną przez ministerstwo handlu i przemysłu. Pozwala ona firmie na skorzystanie z profitów i obniżonych taryf podatkowych i celnych, zgodnie z normami specjalnego traktowania. Haitańskie prawo nakłada konieczność eksportowania co najmniej 70% produktów wytwarzanych w granicach strefy. Obecnie, produkcja Agritransu – szacunkowo 40 kontenerów tygodniowo – jest dostarczana do Niemiec. W tym samym czasie, Haitańczycy nie produkują wystarczającej ilości żywności, aby wyżywić siebie samych. Ubodzy Haitańczycy muszą polegać na importowanych, podstawowych artykułach, których koszty w tym roku wzrosły. Jedna z kobiet, której ziemie zajęto prosząc o zachowanie anonimowości w obawie przed zemstą, powiedziała: „Sprzedają banany za granicę, a teraz musimy udać się na granicę aby kupić dominikańskie banany. To nie ma sensu”. Kolejne ziemie mogą być zagrabione w przyszłości. W celu wywiązania się z umowy z niemieckim klientem, w ciągu najbliższych trzech lat Agritrans musi zwiększyć tygodniową produkcję bananów do 150 kontenerów, mieszczących łącznie 160 tys. ton. Według aktualnego dyrektora Agritransu, Pierre’a-Richarda Josepha, ten wzrost będzie wymagał pozyskania 3000 hektarów ziemi więcej.

Autor: Damian Żuchowski

BIBLIOGRAFIA

[1] Henryk Zins, „Kupcy i kidnaperzy. Handel niewolnikami w dziejach Afryki i Ameryki”, Lublin 1999.

[2] Tadeusz Łepkowski, „Haiti. Początki Państwa i narodu”, s. 143-197, Warszawa 1964.

[3] Joshua Steckley, Beverly Bell, „Haiti’s Fraudulent Presidential Frontrunner Seizes Land for His Own Banana Republic”, http://www.alternet.org/world/haitis-fraudulent-presidential-frontrunner-seizes-land-his-own-banana-republic.

[4] Beverly Bell, „The Blood of the Earth: Agriculture, Land Rights, and Haitian History”, http://otherworldsarepossible.org/blood-earth-agriculture-land-rights-and-haitian-history.

[5] „Haiti presidential election runoff postponed again”, http://www.aljazeera.com/news/2016/01/haiti-presidential-election-runoff-postponed-160122200939513.html.

[6] Natalie Miller, „The Struggle for Land Justice Knowi No Borders: Corporate Pillagin in Haiti”, http://otherworldsarepossible.org/struggle-land-justice-knows-no-borders-corporate-pillaging-haiti.

[7] „Haiti’s anti-government protests continue for fifth day”, http://www.aljazeera.com/news/2016/01/haiti-anti-government-protests-continue-day-160125064057858.html.

Opublikowano Afryka | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Płacą dzieciom klejem, narkotykami i alkoholem

Organizacja Survival International ostrzega, że dzieciom pochodzącym z grup plemiennych zamieszkującym lasy deszczowe Afryki płaci się klejem, alkoholem i narkotykami w zamian za wykonywanie niewolniczej pracy. W opublikowanym raporcie stwierdzono przypadki handlarzy w Republice Konga, którzy w 2013 roku płacili dzieciom z plemienia Bayaka klejem w zamian za czyszczenie latryn.

W Kamerunie członkom plemienia Baka, bezprawnie wyrzuconych z ich leśnych domów, często daje się pięć szklanek bimbru w zamian za pół dnia pracy fizycznej. Połączenie ubóstwa i depresji spowodowanych utratą tradycyjnych terytoriów oraz związanych z nimi gospodarką i kosmowizją, skłaniają wielu przedstawicieli społeczności plemiennych do intensywnego picia alkoholu, by pozornie uciec od swoich problemów. W wielu regionach Afryki Środkowej, przedstawicielom ludów łowiecko-zbierackim płaci się za ich usługi substancjami uzależniającymi, najczęściej alkoholem domowej roboty.

Atono, członek ludu Baka usuniętego z jego ziem, wskazuje na poważne metamorfozy jakie zaszły w ich życiu: „Teraz chorujemy z powodu zmian w naszej diecie. Nasza skóra nie lubi słońca i życia na wsi. W lesie jesteśmy zdrowi i przybieramy na wadze. Teraz nikt nie ma żadnych mięśni, każdy wygląda źle. Jesteśmy zmuszeni do picia, aby zapomnieć o naszych kłopotach”.

Problemy uzależnienia i nadużywania substancji uzależniających są powszechne wśród plemion, którym skradziono tradycyjne ziemie. W Kanadzie, wyalienowane dzieci Innu, ludu który został zmuszony do porzucenia swego koczowniczego trybu życia, wąchają gaz w plastikowych torbach. Podobnie w Australii, problem alkoholizmu jest większy od średniej populacji kraju.

Boniface Alimankinni, z aborygeńskiej społeczności z wyspy Tiwi (Wyspy Melville’a) opisuje stan w jakim znaleźli się jego pobratymcy po procesie zmian i doświadczanej przemocy strukturalnej: „Nie mieliśmy szacunku do siebie, ani nic do dania naszym synom, z wyjątku przemocy i alkoholizmu. Nasze dzieci tkwią pomiędzy przeszłością, której nie rozumieją oraz przyszłością, która nic nie oferuje”.

Narkomania i alkoholizm są bieżącym i trudnym problemem w życiu ludności tubylczej. Stanowią one skutek nieudolnej i inwazyjnej polityki, która korzystając z narzędzi akulturacji i przemocy strukturalnej, narzuca plemiennym społecznościom własne koncepcje „postępu” i „rozwoju”, przy zupełnym lekceważeniu faktu, że te społeczności są w znacznym stopniu samowystarczalne. Zindustrializowane społeczeństwa poddają społeczeństwa plemienne aktom ludobójczej przemocy, niewolnictwa i rasizmu, by utorować sobie drogę do ich ziem i zasobów, a także źródeł taniej siły roboczej.

Dyrektor Survival International, Stephen Corry powiedział, że najnowszy raport jego organizacji „Postęp może zabić” udowadnia, że narzucanie rozwoju społecznościom plemiennym po prostu nie działa: „Nawet nowoczesna opieka medyczna jest niewystarczająca, aby zapobiec zniszczeniom spowodowanym przez kradzież ziemi. Wymuszanie rozwoju na ludach plemiennych nigdy nie przynosi dłuższego i szczęśliwszego życia, a raczej krótsze. Jedyną ucieczką od ponurej egzystencji jest śmierć. Tzw. rozwój zniszczył wiele plemion i grozi kolejnym, dlatego wzywamy Organizację Narodów Zjednoczonych aby opowiedziała się przeciwko przymusowemu rozwojowi na ziemiach plemiennych”.

Opracowanie: Damian Żuchowski
Zdjęcie: C. Fornellino Romero, Survival
Artykuł oryginalny: SurvivalInternational.org
Artykuł ukazał się także na: WolneMedia.net i amazonicas.wordpress.com

Opublikowano Afryka, Ameryka Północna, Prawa Człowieka | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Cierpienia Buszmenów w cieniu diamentowego odkrycia

Pomimo rosnących zysków z międzynarodowych operacji wydobycia diamentów w Botswanie, społeczności Buszmenów nadal cierpią.


W drugiej połowie listopada 2015 roku w pobliżu rezerwatu Buszmenów, Central Kalahari Game Reserve, znaleziono drugi co do wielkości diament w historii. Administracja Botswany bardzo chętnie chwali się znaleziskiem szacując majątek związany z diamentami w światowych mediach, ale jak dotąd bezustannie ignoruje trwające i powtarzające się przypadki naruszeń praw człowieka rdzennych wspólnot Buszmenów żyjących najczęściej w pobliżu eksploatowanych zasobów naturalnych.

Buszmenów wysiedlono z ich ziem ponad 10 lat temu. W 2006 roku sąd oficjalnie obwieścił ich prawo do powrotu do swoich domów położonych w granicach rezerwy. Pomimo orzeczenia, większości członkom plemienia uniemożliwiono zamieszkanie tam. Dla tych, którzy postanowili wrócić, życie zgodne z ich kulturą stało się prawie niemożliwe. Rządowi ministrowie i reprezentanci korporacji Gem Diamonds, obiecali stworzyć kilka nowych odwiertów umożliwiających im pozyskiwanie wody, ale większość Buszmenów nadal nie posiada dostępu do czystych zasobów błękitnego płynu.

Administracja Botswany wprowadziła ogólnonarodowy zakaz polowania w 2014 roku, który uniemożliwił Buszmenom funkcjonowanie, zgodne z ich kulturą i metodami pozyskiwania żywności. W razie jego złamania grożą im aresztowania, pobicia i tortury ze strony paramilitarnej policji oraz strażników finansowanych przez państwo. Rdzenni Mieszkańcy oskarżani są o „kłusownictwo”, ponieważ polują, aby wyżywić własne rodziny. A to wszystko dzieje się mimo orzeczenia sądowego uznającego ich prawo do polowań w rezerwie, wydanego przed dziewięcioma laty.

Dyrektor organizacji Survival International, Stephen Corry, komentując ostatnie diamentowe odkrycie w Botswanie powiedział: „Media zostały tak tym zaślepione, że Botswana łatwo ukryła prawdziwe ofiary swojej diamentowej gorączki. Prawa Buszmenów są wciąż naruszane przez rząd, który myśli, że sam jest zbyt potężny, aby słuchać własnego Sądu Najwyższego. W okresie przygotowań do 50. rocznicy obchodów odzyskania niepodległości przez Botswanę, planowanych na 2016 rok, Survival International będzie robił wszystko, aby upewnić się, że nadużycia w stosunku do Buszmenów nie zostaną zapomniane, w nadziei, że większość obywateli Botswany zacznie traktować ich sprawiedliwie”.

Opracowanie: Damian Żuchowski
Na podstawie: SurvivalInternational.org, TVP.info

Artykuł ukazał się także na WolneMedia.net

Opublikowano Afryka, Okupacja, Prawa Człowieka | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz